STILUS FRACTUS

Życie bez samochodu (własnego)

Margaret Thatcher przypisuje się sławną wypowiedź: „Mężczyzna, który w wieku 30 lat korzysta z komunikacji publicznej, może się uważać za nieudacznika”.

Nie jest pewne, czy w ogóle coś takiego kiedykolwiek padło z jej ust, ponadto cytat ten pojawia się w różnym brzmieniu, zależnie od źródła. Czasem mowa jest o jeździe autobusem, innym razem o posiadaniu samochodu, raz chodzi o 30-latka, niekiedy o 26-latka. Jednak dobrze oddaje podejście wielu osób. Podejście idiotyczne i budzące politowanie.

W polskich miastach liczba samochodów w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców jest dwu-, a nawet trzykrotnie większa niż w Berlinie, tak jakby życie bez samochodu w ogóle nie było możliwe. Polacy rzucili się na trupy z zagranicy niczym w odpowiedzi na apel brytyjskiej premier. W internetowych dyskusjach padają stwierdzenia, że nasze osiedla zostały źle zaprojektowane: nie mają parkingów podziemnych, mają za mało miejsc na powierzchni, a za dużo zieleni i tak dalej.

Brednie.

Osiedla zostały dobrze zaprojektowane. Dzięki temu w letnie upały w ogóle nadają się do życia. Parkingów podziemnych nikt nie budował, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł przewidzieć, że liczba aut będzie co najmniej dwukrotnie większa niż w najbogatszych miastach Europy Zachodniej.

Sąsiad ma, to i ja muszę mieć. Co się będę z pospólstwem tłukł zbiorkomem.

Owszem, niektórzy faktycznie potrzebują własnego samochodu (choć większość z nich 30–40 lat temu spokojnie by sobie poradziła i bez niego), ale korki tworzą nie ci, którzy muszą sami jeździć, ale ci, którzy naprawdę nie muszą. Niektórzy do pracy jadą dłużej, niżby trwał spacer na tym samym odcinku, i potem narzekają na remonty, bo przejechanie 5 km przez rozkopane miasto znów zajęło im godzinę. Serio?

Nawet jeśli samochód zasadniczo skraca czas jazdy, liczyliście, ile czasu potrzeba, by go kupić, zarejestrować, naprawić, opłacić ubezpieczenie? A co, jeśli zdarzy się stłuczka? Kradzież? Tramwaje i autobusy, owszem, psują się, wypadają z szyn, zderzają i tak dalej, ale to samo dotyczy samochodów, zwłaszcza tych, które najczęściej kupuje się w Polsce. A ilekroć przyjdą większe mrozy, pod oknami mam festiwal rzeźby lodowej i zawody w uruchamianiu silnika.

I nie mówcie mi o braku klimatyzacji w autobusach i tramwajach, bo większość gratów jeżdżących po polskich drogach też jej nie ma. Że śmierdzi? Spalinami – na pewno nieporównanie mniej. Czasem faktycznie trzeba pooddychać wyłącznie przez usta, ale tego akurat łatwo się nauczyć. Brak miejsc siedzących? Siedzisz cały dzień przy biurku, gapiąc się w monitor, i jeszcze ci mało?

Liczyliście, ile kosztuje utrzymanie samochodu z uwzględnieniem kosztu zakupu, i to przy założeniu, że nie okaże się felernym egzemplarzem? Zresztą wszechobecna elektronika, stosowana choćby po to, aby zmusić do naprawy auta w ASO, coraz powszechniej pada nawet w tych mało wyeksploatowanych. Większości naprawdę taniej wyszłoby wziąć od czasu do czasu taksówkę, a na dalsze wypady – auto z wypożyczalni. Jedno zmartwienie na co dzień mniej.

Tak więc jeżdżę zbiorkomem, niekiedy rowerem, czasem biorę taksówkę, na dalsze wypady umawiam się z ludźmi albo jadę pociągiem lub autokarem i docieram na miejsce z plecakiem. Gdyby mi się nie chciało, wypożyczałbym. Na razie przynajmniej wyglądam niewiele gorzej niż 20 lat temu. Jasne, gdybym naprawdę nie musiał oszczędzać, pewnie mimo wszystko kupiłbym jakąś nówkę z salonu i używał jej wieczorami, bo lubię łączyć późnowieczorne treningi z ostatnimi seansami w kinie, a do tego prawie każdy weekend spędzałbym z dala od domu, także zimą. Ale nie wyobrażam sobie stania w godzinach szczytu w korkach, i to w największym stężeniu spalin, jak również tego, żebym dla takiej wygody zrezygnował z jakiegoś hobby.

WYBRANE WPISY