STILUS FRACTUS

Zwodniczy urok czarnej płyty

W ostatnich latach do łask powraca płyta długogrająca. Czy winyl ma nad CD jakiekolwiek przewagi, czy to tylko snobizm i moda na klasykę?

Oczywiście, wielu wraca do czarnej płyty nie przez audiofilskie ciągoty, a właśnie z pewnego snobizmu, inni po prostu mają upodobanie do staroci. Nie brakuje jednak osób przekonanych o jej lepszym brzmieniu. Sporo w tym mitów.

Jednym z takich mitów jest zrzucanie odpowiedzialności za kompresję dynamiki w CD na rzekome ograniczenia tej techniki zamiast na loudness war. Faktycznie niektóre nagrania dopiero na winylu uwalniają się od nadmiernej kompresji, ale to już wyłącznie decyzja dźwiękowców, którzy longplaye kierują do innego odbiorcy, bo to kompakt zapewnia nieporównanie większe możliwości na tym polu.

Podobnie warstwa SACD na płycie hybrydowej może brzmieć lepiej od warstwy CD, ale to wyłącznie sztuczka marketingowa. To samo dotyczy plików cyfrowych w takich formatach jak 24 bity / 192 kHz. (Liczby te oznaczają, że sygnał analogowy jest 192 tys. razy na sekundę zapisywany w postaci jednej z wartości ze zbioru liczącego 2 do potęgi 24, jako ciąg 24 zer i jedynek, inaczej słowo 24-bitowe). Większa rozdzielczość, choć przydatna realizatorom, słuchaczowi raczej nic nie da, bo zakres dynamiczny, który pozwala oddać technika 16-bitowa, jest większy niż na papierze (96 dB – wartość dla całego pasma; efektywnie to około 120 dB), a szybsze próbkowanie sygnału w praktyce może przynieść więcej złego niż dobrego i spokojnie można je zastąpić, bez jego skutków ubocznych, nadpróbkowaniem.

Ponadto przyjemne dla ucha zniekształcenia i mniejsza szczegółowość istotnie mogą zapewnić dźwięk „ciepły i miękki”, ale to pozory. To tak jak z nadmiernym wytłumieniem pomieszczenia odsłuchowego. Jeśli myślisz, że wytłoczki po jajkach albo maty na wszystkich ścianach to właściwa droga, brzmienie wyda ci się lepsze choćby nie wiem co, bo tak działa placebo. A jeśli całe życie podkręcałeś wysokie tony do oporu, to o nawet najbardziej szczegółowym, ale wciąż neutralnym systemie hi-fi powiesz, że obcina górę.

Należy też brać pod uwagę to, że fatalne brzmienie wielu wczesnych CD to raczej wina realizatorów. Być może doszła do tego niedoskonałość ówczesnego sprzętu, nie wiem, w każdym razie już po kilku latach zmieniło się to diametralnie.

I wreszcie mit o zgubnym wpływie próbkowania na analogowy sygnał. Teoretycznie z sygnału cyfrowego da się odtworzyć z użyciem odpowiednich algorytmów analogowy oryginał! W praktyce jakość takiej rekonstrukcji zależy od zakresu częstotliwości, ale w przypadku fal dźwiękowych nie jest to wielkim problemem, bo wszystkie słyszalne leżą poniżej tak zwanej częstotliwości Nyquista (to połowa częstotliwości próbkowania). Gdyby nie niedoskonałość filtrów używanych podczas próbkowania, rekonstrukcja analogowego nagrania na podstawie cyfrowych „schodków” byłaby w tym zakresie pasma wręcz doskonała, a tak jest „tylko” wystarczająco bliska ideału.

Skądinąd wystarczy przyjrzeć się rowkom płyty długogrającej w dużym powiększeniu, by zrozumieć, dlaczego igła i cała wkładka tracą informację równie łatwo, jak dodają nową od siebie, nawet jeśli krążek został odpowiednio starannie wytłoczony i jeszcze nie jest zużyty.

Winyl faktycznie brzmi inaczej od CD, ale wyjąwszy efekty sztuczek dźwiękowców ma to niewiele wspólnego z realizmem. Płyta kompaktowa, obiektywnie rzecz biorąc, jest nieporównanie lepszym nośnikiem muzyki – i naprawdę w zupełności wystarczającym. Co najwyżej – jak twierdzą niektórzy – łatwiej przy niej sprzątać.

A i tak te wszystkie różnice stają się zupełnie bez znaczenia w obliczu wpływu, jaki na brzmienie ma akustyka pomieszczenia odsłuchowego, ale to już materiał na osobny wpis.

WYBRANE WPISY
Tagged in:,