STILUS FRACTUS

Dlaczego teatr w kinie nie ma sensu

Byłem w Multikinie na retransmisji „Hamleta” z Cumberbatchem. Marne popłuczyny po prawdziwej scenie w smrodzie i odgłosach popcornu. Za 35 zł.

Dobrze, że zaczęło się od wstępu pod tytułem „Za kulisami”, bo ci, którzy stali w kolejce po popcorn, zdążyli się spóźnić tych kilka, kilkanaście minut. (Raczej nie stali za biletami, boby ich już nie dostali, w każdym razie prawie wszyscy wchodzili z żarciem). Nie wiem, czy liczyli na reklamy czy co… Nie, reklam akurat nie było, poza tradycyjnym „Na program zaprasza…” i jakąś autopromocją.

Na szczęście wybrałem miejsca z boku w oddzielnej sekcji, więc miałem przed sobą kilka metrów wolnej przestrzeni, dzięki temu smród i odgłosy żarcia docierały do mnie tylko z jednej strony. Minusem był walący po oczach podświetlany napis „Wyjście ewakuacyjne”, ale po prawej miałem przepierzenie, na którym mogłem położyć plecak, problem z głowy.

Wciąż jednak ludzie co chwila wychodzili: panowie z telefonami w ręku, panie pewnie do kibla. Towarzyszyło temu jakieś umpa-umpa z sali obok. W przerwie, a jakże, pielgrzymki po nowy zapas popcornu.

Teatr wymaga nawet lepszych warunków niż ambitny film, choćby dlatego, że nie uwodzi kinowymi środkami. Poczucie interakcji z aktorami, poczucie dziania się tu i teraz, któremu nie zagrozi to, że ktoś co jakiś czas kaszlnie, łatwo znika, gdy jakaś gimbaza przyjdzie na seans jak na „Szybkich i wściekłych” albo tylko dlatego, że nie chce jej się przeczytać oryginału.

W kinie nie było tego „tu i teraz”. Był tylko film pozbawiony filmowych środków. Tekst „Hamleta”, wymagający w dużej części podniesionego głosu, co samo w sobie jest nieco męczące, był dodatkowo nieprzyjemnie podbarwiony  przez kinowe nagłośnienie. To przecież dostrojono pod kątem strzałów i wybuchów, które zresztą odtwarza aż za dobrze. Pamiętam seans (w tym samym kinie) „Hannibala” z Anthonym Hopkinsem: orkiestra w pierwszej scenie w filharmonii brzmiała jak z syntezatora. I pomyśleć, że oni retransmitują przedstawienia operowe…

Pamiętam też kilka przedstawień w „Teatrze telewizji” TVP, między innymi właśnie „Hamleta”, a także „Ryszarda III”. Robiły nieporównanie większe wrażenie. Na ekranie to chyba złoty środek: z jednej strony teatralna umowność otoczenia, z drugiej – możliwość większych zbliżeń i gry bardziej filmowej, bez przejmowania się tym, czy szept będzie słyszalny w najdalszych rzędach.

Po „Hamlecie” w Multikinie wiem dwie rzeczy: mam ochotę pójść do teatru, mimo że z różnych powodów zdecydowanie wolę kino, i nigdy więcej nie obejrzę retransmisji spektaklu na dużym ekranie, a już na pewno nie tam, gdzie dają popcorn. Nie wiem, może dla najbardziej zagorzałych teatrofilów to wciąż atrakcyjna opcja. Ja ostatnie przedstawienie, na którym byłem, wspominam nieporównanie lepiej niż to coś wczoraj. Chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby multipleksowe zwyczaje dotarły i tam. Raz w moim ulubionym kinie, które oficjalnie działa pod szyldem „Kino bez popcornu” i między innymi tym przyciąga widzów, jakaś para pojawiła się z popcornem z pobliskiego multipleksu. Poważnie.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,