STILUS FRACTUS

Czy statystyce można wierzyć?

Nie powiem, czy statystyce można wierzyć, ale wiem, że ze statystyką jeszcze nikt nie wygrał. Dlatego zapinam pasy, wolę samolot od samochodu, nie gram w Lotto, nie ufam gumce i nie obawiam się oddawać krwi. Jasne, w takim kasynie można się nieźle obłowić, ale w rosyjskiej ruletce też.

Pełno jest takich, co to się boją, że w razie wypadku spłoną żywcem, więc zostawiają pasy niezapięte, mimo że według policji pali się raz na dwieście wypadków, a bez pasów łatwo zginąć w byle stłuczce. Inni wybierają na długą trasę samochód zamiast samolotu, nawet jeśli wcale nie odczuwają panicznego strachu przed lataniem, bo przecież szanse przeżycia w katastrofie lotniczej są znacznie mniejsze. Jeszcze inni boją się, że w stacji krwiodawstwa złapią jakiś syf, mimo że prawdopodobieństwo jest naprawdę bliskie zera, zamiast skorzystać z okazji do regularnego darmowego badania najlepszymi metodami w sytuacji, gdy w innych miejscach, do których chodzą (fryzjer, kosmetyczka, gabinet zabiegowy), złapać coś jest o wiele łatwiej. Z kolei szansa na trafienie szóstki w Lotto wynosi niespełna 1 do 14 milionów, tymczasem podczas każdej większej kumulacji do kolektur walą tłumy. I nie jest tak, że ci ludzie przesuwają stały miesięczny budżet na kupony zależnie od występowania kumulacji: większość albo wydaje wówczas ekstra, albo gra jedynie wtedy, gdy jest kumulacja, zwabiona perspektywą wysokiej wygranej. Niektórzy nawet ślęczą nad każdym kuponem tylko dlatego, że nie mogą się zdecydować, które liczby tym razem skreślić.

Martw się dojazdem, a nie skokiem, czyli całkowite ryzyko śmierci

Jeśli chciałbym skoczyć ze spadochronem w tandemie, a miał wątpliwości, tobym zajrzał do statystyki śmiertelnych wypadków drogowych w przeliczeniu na liczbę przejechanych kilometrów i porównał je ze statystyką śmiertelnych wypadków w spadochroniarstwie w przeliczeniu na liczbę skoków. Kilka lat temu jechałem ponad 500 km z Łodzi do Gryźlin z kimś, kto wygrał taki skok w konkursie. Ponieważ w Polsce liczba ofiar śmiertelnych wśród kierowców i pasażerów wynosi obecnie około 10 na miliard przejechanych kilometrów, a liczba śmiertelnych wypadków podczas cywilnych skoków to około 1 na 150 000, taka jazda była tylko trochę mniej ryzykowna od przeciętnego skoku. Słowo przeciętny jest tu bardzo ważne, ponieważ większość śmiertelnych wypadków w spadochroniarstwie jest spowodowana niskimi zakrętami w trakcie wyczynowego lądowania na superszybkich czaszach, zderzeniami w powietrzu ich posiadaczy i zbyt późnym podjęciem procedury awaryjnej w razie awarii takiego spadochronu. Powolne tandemy, które skaczą na samym końcu, co najwyżej w towarzystwie kamerzysty, i otwierają się znacznie wyżej od pozostałych, są nieporównanie bezpieczniejsze. Do tego z Łodzi do Gryźlin jedzie się w dużej części jednopasmówką. Spokojnie można przyjąć, że sama jazda była kilkakrotnie bardziej ryzykowna niż pojedynczy skok w tandemie, który był jej celem.

To, że na autostradzie tir może przebić barierki i zjechać na czołówkę na sąsiedni pas, nie ma żadnego znaczenia: jeśli możesz, wybierasz statystycznie bezpieczniejszą opcję, czyli autostradę, prawda? Będziesz jechał szybciej, w razie kraksy być może będziesz miał mniejsze szanse, ale jest znacznie mniej prawdopodobne, że do wypadku w ogóle dojdzie.

To, że pali się tylko raz na dwieście wypadków, jest wystarczającym powodem, by zapinać pasy i nie ryzykować pewnej śmierci w co drugim, a ciężkiego uszkodzenia ciała w 99 procentach pozostałych.

To, że ryzyko zakażenia żółtaczką typu C w stacji krwiodawstwa wynosi zaledwie jeden na ileś milionów, oznacza, że lepiej regularnie oddawać krew, niż nie oddawać i żyć kilka, kilkanaście lat w nieświadomości, że to samo złapało się w gabinecie zabiegowym albo u dentysty, bo gdy już pojawią się objawy, pozostanie przeszczep, którego można nie doczekać. Co wolisz: bliskie zera dodatkowe ryzyko zakażenia czy ogólnie znacznie większe ryzyko śmierci? W domu się nie zbadasz. A skoro tak się boisz zakażenia, to pomyśl, gdzie wolisz robić testy: tam, gdzie zasadniczo chodzą ludzie zdrowi i regularnie badani, czy tam, gdzie chodzą grupy podwyższonego ryzyka i w ogóle dotąd niebadani? Tylko nie idź oddawać krwi, jeśli ci gumka pękła, bo i tak cię nie dopuszczą, chyba że skłamiesz, a takim dupkiem nie jesteś, prawda?

Błędna decyzja to błędna decyzja, nawet jeśli akurat się uda

A może należysz do tych, którzy wierzą w szczęście w kartach i grając w Texas Hold’em (najpopularniejszą odmianę pokera), gonią w ostatniej kolejce za ciągiem do koloru, mimo że nie uzasadnia tego ilość pieniędzy pozostałych poza pulą w stosunku do wielkości puli ani sygnały pozawerbalne ze strony przeciwnika? Bo może tym razem jednak się uda? Albo dopatrujesz się oszustwa po tym, jak twoje asy w internetowej partii po raz drugi, trzeci, czwarty z rzędu przegrały z niższą parą? Nie, to tak nie działa – albo zacznij myśleć racjonalnie, albo lepiej przerzuć się na szachy.

A gdy grasz w Lotto, bo kumulacja, zastanawiasz się, czy wysokość wygranej w ogóle ma znaczenie, skoro szansa trafienia szóstki wynosi 1 do 14 milionów? Od pewnego momentu stosunek zainwestowanych środków do ewentualnej nagrody można sobie o kant potłuc. Czy gdyby kumulacja wynosiła nie, dajmy na to, 2o milionów, ale 200 milionów, wydałbyś na kupon dwieście złotych zamiast dwudziestu albo dwa tysiące zamiast dwustu? Absurd. O piątce też bym na twoim miejscu nie marzył, bo zanim ją trafisz, średnio wydasz kilka razy więcej, niż wynosi wygrana. Średnio – a przecież może być znacznie gorzej. Chociaż należałoby raczej powiedzieć: wydałbyś, bo nawet żółwie tak długo nie żyją.

Mam wątpliwości także co do tej loterii paragonowej. Po kilku dniach, kiedy liczba zgłoszonych paragonów sięgnęła miliona, miałem na koncie około 20 kwitków (swoich, dziewczyny, od mamy). O ile dobrze liczę, przy tych proporcjach szansa ustrzelenia w ciągu roku przynajmniej iPada Air 2 (są jeszcze laptopy i samochody) jest zbliżona do szansy trafienia w tym czasie w Lotto piątki (przy założeniu: jeden zakład na jedno losowanie, łącznie za mniej więcej 900 złotych). Owszem, to nic nie kosztuje prócz wolnego czasu, ale czy ten wolny czas jest wart nagrody, skoro szansa na jakąkolwiek wciąż wynosi jeden do kilkuset? Jeżeli po zgłoszeniu paragonu nie zamykasz karty w przeglądarce i sprawnie korzystasz z klawiatury, zgłoszenie każdego następnego zajmuje (łącznie z całą, nazwijmy to tak, obsługą kwitka) około 2 minut. Jeśli utrzymam dotychczasowe tempo, poświęcę na to jakieś 3–4 godziny miesięcznie i 36–48 godzin rocznie. Pewnie po pierwszym miesiącu stwierdzę, że za dużo; zobaczymy, jak to się rozwinie. Ale jeśli miałbyś w tym czasie siedzieć przed telewizorem, loteria paragonowa wydaje się lepszym wyborem niż Lotto.

Statystyka też czasem zaskakuje

Na przykład wraz z upowszechnieniem się kasków rowerowych liczba urazów głowy wyraźnie wzrosła. Człowiek, gdy ma na głowie kask, jeździ niebezpieczniej, choćby tylko podświadomie, a kierowcy dają mu większy kredyt zaufania, albo może mniej dostrzegają jego kruchość. Dlatego wyprzedzają go w mniejszej odległości (zmierzone), zwłaszcza gdy spod kasku nie wystają długie włosy (też zmierzone). Tak więc ceną mniejszego ryzyka urazu w razie wypadku jest większe ryzyko wypadku. Do tego obowiązek noszenia kasku, a nawet sama moda na kaski, zniechęcają wielu najbardziej niedzielnych cyklistów, więc kierowcy mniej zauważają pozostałych, bo ogólnie rowerów na drogach jest mniej. Na ścieżkę rowerową, na której, wiadomo, znajdują się także piesi, a młodzież uczy się jazdy na rolkach, niewątpliwie lepiej kask założyć, ale na wypad szosą do centrum typowym miejskim gratem być może lepsza byłaby wyłącznie peruka. Czyli jak zwykle: to zależy.

Ale to też statystyka i nic lepszego nie mamy.

WYBRANE WPISY
Tagged in:,