STILUS FRACTUS

Sport a długość życia i jego jakość

Czytam o badaniach nad bliźniakami jedno- i wielojajowymi, według których liczą się predyspozycje do sportu, nie sam sport, a długość życia ma jedynie wtórny związek z ruchem. Po prostu: ci, którzy się ruszają, statystycznie żyją dłużej, ale tylko dlatego, że ruszają się przede wszystkim ci, którzy mają naturalnie ponadprzeciętną wydolność. Wiadomo: ofermy w dzieciństwie grzeją ławę, a potem im zostaje. Tylko że długość życia to nie wszystko.

Dokładniej rzecz biorąc, chodzi o wyjściowy poziom przyswajania tlenu. Kto ma wyższy, ten statystycznie żyje dłużej. Z dwóch bliźniaków jednojajowych obaj umierają (statystycznie) mniej więcej w tym samym wieku niezależnie od trybu życia. Z metaanalizy rezultatów dotychczasowych badań wynika, że w ogromnej większości przypadków decydowały o nich naturalne predyspozycje do wysiłku w badanej próbie, których badacze nie uwzględnili. Tyle w skrócie.

Przez sport do kalectwa?

Oczywiście, to woda na młyn tych, którzy twierdzą, że najzdrowszy sport to ten przed telewizorem, i z upodobaniem godnym lepszej sprawy błyszczą bon motem „Przez sport do kalectwa”. To jednak nie jest takie proste.

Sam jestem dobrym przykładem. Mnóstwo zadawnionych kontuzji. To skrzypi, to strzyka, coś w kostce przeskakuje, jeśli regularnie nie biegam, czasem rano ledwie się ruszam, bo przesztywnienie w lędźwiach, chroniczne problemy z barkiem… Z drugiej strony po krótkiej rozgrzewce spokojnie przebiegłbym 15–20 km, z marszu wbiegnę na pełnym gazie 6–8 razy z rzędu co dwa stopnie na 10. piętro i niezależnie od problemów ze stożkiem rotatorów nawet po kilku tygodniach przerwy i z kilkukilogramową nadwagą podciągnę się 8–10 razy na drążku. Do tego wyglądam niewiele gorzej niż 20 lat wcześniej.

Co z tego, że czasem boli, skoro rozgrzewka załatwia sprawę?

Sport a „sport”

Owszem, nie widzę większego sensu w jakiejkolwiek rywalizacji, nawet z samym sobą, na przykład w przygotowaniach do maratonu, i wystarczy mi codziennie rano po 5 kilometrów, od święta 10. Nawet współczesny trening wspinaczkowy pewnie wydałby mi się idiotyczny, gdyby nie to, że fajne drogi zwykle są trudne, choćby przez to, że są przewieszone i długie. Jednym z powodów, dla których od lat tak trudno mi wrócić do wspinania, jest to, że po atrakcyjny stosunek przyjemności do trudności trzeba jeździć za granicę. Trudność sama w sobie i trening pod tym kątem od dawna zupełnie mnie nie interesują. Nie przeszkadza mi to jednak w traktowaniu ścianki jak siłowni, w nadziei, że mimo wszystko kiedyś jeszcze porządnie załoję, nawet jeśli kolejne próby kończą się jakimiś drobnymi kontuzjami. Ponownie: co z tego, że znów mam problem z przyczepami w barku? No czasem boli i znów trzeba przerwać, ale w czym problem, skoro poniżej ośmiu podciągnięć raczej nie zejdę? To lepiej w ogóle nie ćwiczyć i nie móc się podciągnąć ani razu albo ryzykować poważną kontuzję przy pierwszej próbie?

W każdym razie to, że można prowadzić niehigieniczny tryb życia i wciąż długo żyć, jeśli tylko pozwalają na to naturalne predyspozycje, wynika w dużej mierze z postępów medycyny. Zapuszczony bliźniak jednojajowy statystycznie może sobie żyć tak samo długo jak wysportowany brat, ale nie ma cudów: to będzie życie na tabletkach (tyle że na ciśnienie, a nie przeciwbólowych, naprawdę świetny interes, zresztą bez przeciwbólowych raczej i tak się nie obejdzie), z by-passami i tak dalej. A najpewniej i bez takich sensacji będzie to życie gorszej jakości: w mniejszym lub większym chronicznym stresie, w poczuciu mniejszej atrakcyjności i tak dalej. Niektórzy twierdzą, że chcą umrzeć chorzy, a nie zdrowi, ale nie wierzę, że mówią tak na serio. Dlaczego po prostu nie przyznają, że im się nie chce?

Nie znasz dnia ni godziny

Jest jeszcze jeden dobry powód, żeby regularnie trenować cały aparat ruchowy: gówno chodzi po ludziach. Jeden krzywo stanie i zerwie sobie więzadła w kolanie, inny w tej samej sytuacji co najwyżej zaklnie, a gdy już coś sobie uszkodzi, dojdzie do siebie nieporównanie szybciej. Nie bez przyczyny sportowcy po wypadkach tak często zadziwiają lekarzy. Zerwane ścięgna i włókna mięśniowe, jeśli są przyzwyczajane na co dzień do wysiłku, regenerują się szybciej, ponadprzeciętnie gęste od obciążeń kości krócej i lepiej się zrastają, nawet na OIOM-ie masz mniejszą szansę, że wykitujesz.

Ludzie, robiąc fajne rzeczy, czasem robią sobie kuku, ale czy na przykład możliwość zerwania więzadeł w kolanie albo palcu to powód, żeby nie spróbować jazdy na nartach albo wspinania? Absurd.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, , ,