STILUS FRACTUS

Wyciek botoksu z matrycy LCD

Nie jestem przeciwnikiem operacji plastycznych, sam pewnie sobie wcześniej czy później poprawię nos, zwłaszcza że nie zawsze był skrzywiony, ale nie rozumiem, co kieruje ludźmi, którzy decydują się na taki a taki rezultat bez względu na jego sztuczność.

Nawet nie śmiem przypuszczać, jak to jest mieć bardzo mały biust lub bardzo niezgrabny nos, a tym bardziej krytykować którąś za to, że przetoczyła sobie tkankę tłuszczową albo wszczepiła implanty. Zawsze jednak myślałem, że sensem chirurgii plastycznej jest poprawianie natury. Poprawianie, nie zmiana jako taka.

Wielkie piersi niezmiennie wskazujące północ, liftingi rodem z gabinetu figur woskowych, nosy na późnego Michaela Jacksona i tak dalej – gdzie w tym logika? Nie dość, że sztuczność efektu bije po oczach, to jeszcze człowiek wygląda sto razy gorzej, niżby wyglądał, gdyby zostawił zmarszczki i resztę w spokoju.

Skądinąd często to samo można powiedzieć o makijażu. Blada maska niczym z gliny z różami i fioletami, niemal jak z filmów kostiumowych rozgrywających się pod koniec XVIII wieku, krwiste, odcinające się od reszty usta – to ma być seksi? Gdyby to jeszcze była próba rozpaczliwego ukrycia śladów po trądziku, ale nie, największe laski potrafią zrobić z siebie figurę woskową. Choćby taka Eva Green w Casino Royale – naprawdę nie rozumiem, po co nałożyła na siebie aż tyle urody. Może większości to się podoba, nie wiem.

Mógłbym to złożyć na karb zaburzonego postrzegania własnego ciała, ale wydaje mi się, że w pewnych kręgach to, co powinno być właśnie zaburzeniem, wyjątkiem, staje się normą. Desperacja? Faktycznie, naturalne i dobrze wyglądające zmarszczki u prezenterki telewizyjnej zdają się z jakiegoś powodu większą przeszkodą w karierze niż wylewający się z ekranu botoks.

Myślę, że chirurg Liberacego z filmu Behind the Candelabra wcale nie był szczególnie mocno przerysowany.

Sens operacji plastycznych

WYBRANE WPISY