STILUS FRACTUS

Ostatnie seanse #8

Kolejny wpis o wybranych filmach, które grają w kinach od co najmniej dwóch tygodni.

Blade Runner 2049

Kontynuacja kultowego „Blade Runnera” Ridleya Scotta z 1982 roku. Moim zdaniem co najmniej dorównuje oryginałowi.

Film Villeneuve’a jest zaskakująco powolny i nie obfituje w szybką i głośną akcję. Wizualnie jest to majstersztyk, i to wcale nie za sprawą efektów specjalnych. Do tego Ryan Ghosling w tytułowej roli i Harrison Ford. Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie wizja sztucznej inteligencji jako substytutu żywej istoty. Obawiam się, że już niedługo przestanie być tylko wizją, a dojdą do tego inne problemy, takie jak prawa samoświadomej superinteligencji. Oby to była tylko sztuczna inteligencja, a nie replikanci, jak w filmie (nie mylić z androidami!).

Znakomita muzyka Hansa Zimmera na potęgę korzysta z możliwości subwooferów, więc tym bardziej warto obejrzeć to w kinie. Wrażenie psuje tylko to, że pod koniec trochę zalatuje Vangelisem, który napisał ścieżkę dźwiękową do Jedynki. Niestety, jego twórczość z tamtego okresu kiepsko się starzeje, moim zdaniem znacznie gorzej od Jarre’a.

W każdym razie lektura obowiązkowa i już teraz na czasie.

Linia życia (Flatliners)

Remake filmu z 1990 roku. Polski tytuł mnie kojarzy się z jakimiś wróżbami, a oryginalny Flatliners, oznacza ludzi, którzy zatrzymują sobie akcję serca, by wprowadzić się w stan śmierci klinicznej.

Nie jest to czystej wody horror, ale moim zdaniem dawkuje strachy nieporównanie lepiej niż choćby wyświetlane jeszcze w kinach „To”. W tamtym twórcy wykorzystają dosłownie każdą okazję, żeby zastosować jakiś oklepany chwyt, przez co trudno traktować fabułę poważnie. Flatliners straszą znacznie oszczędniej.

Oryginał oglądałem zbyt dawno, żeby cokolwiek porównywać, ale remake, mimo że chwilami wydaje się cokolwiek kiczowaty (czemu sprzyja nieco „telewizyjna” część obsady), ma klimat i został dobrze sfilmowany. Do tego cenię horrory, w których nie wiadomo, czy zagrożenie nie jest przypadkiem wyimaginowane.

Twój Vincent

Czarno-biało-kolorowy film aktorski ręcznie przerobiony na obrazy naśladujące styl van Gogha i namalowane jego kadry. Wygląda to oszałamiająco, zwłaszcza w towarzystwie świetnej ścieżki dźwiękowej, nie brakuje też specyficznej, nostalgicznej atmosfery.

Fabuła przedstawia prywatne śledztwo w sprawie domniemanego samobójstwa artysty. Muszę przyznać, że wątek kryminalny zaciekawił mnie dopiero pod koniec. Nie wiem, być może to przez moją awersję do animacji, a przede wszystkim wszelkiego dubbingu, bo podobno historia potrafi wciągnąć od samego początku.

Niewątpliwie to niezwykłe audiowizualne osiągnięcie, które ogląda się bardzo dobrze dla samego oglądania, niekoniecznie jako kryminał.

Moje wpisy o nowych filmach zebrane przez Mediakrytyk.pl.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,