STILUS FRACTUS

Ostatnie seanse #6

Atomic Blonde

„Atomic Blonde” to jakby skrzyżowanie „Neon Demon”, „Salt” i „Hardcore Henry’ego”. Równie dobrze mógłby się nazywać „Neon Blonde”. Przez styl wizualny.

Fabuła nie jest tu najważniejsza i wprawdzie intryga jest całkiem ciekawa i ciekawie przedstawiona, w sumie jest mało ekscytująca. W każdym razie suspensu za wiele tu nie ma. Z drugiej strony film ma swój historyczno-neonowy klimat, Berlin z przełomu lat 80. i 90. jest świetny, a do tego dochodzą znakomite sceny walki wręcz.

Te dla niewprawnego oka w większości są naturalistyczne, nawet jeśli niekoniecznie realistyczne, głównie przez, a jakże, przesadną odporność na ciosy – niemalże równie dobre jak w drugim „Johnie Wicku”. A przede wszystkim, inaczej niż w tamtym, nie występują w nadmiarze, dlatego film nie robi wrażenia głupawej, odmóżdżającej młócki.

W gruncie rzeczy wyszła świetnie wyważona, a przy tym bardzo stylowa, mieszanka powagi i wygłupu. I wbrew obawom wcale nie jest przesycona mordobiciem. Pozycja zdecydowanie nieobowiązkowa, raczej dla miłośników gatunku, ale w swojej klasie bardzo dobra.

Dunkierka (Dunkirk)

„Dunkierka” to film tyle efektowny, co nieefekciarski, na swój sposób minimalistyczny. Obywa się prawie bez słów, nie ma tu w ogóle nieznośnego zwolnionego tempa à la Gibson, które psuje całą resztę, ani równie tandetnych współczesnych klamer, jak u Spielberga. Z drugiej strony jest dopieszczony wizualnie, a niezwykle długie walki powietrzne są sfilmowane chyba nawet lepiej niż w „Top Gun”.

Nolan nie epatuje okropnościami, a największe wrażenie robią sceny, w których bohaterstwa jest najmniej, zwłaszcza ta, w której po nalocie zdziesiątkowani żołnierze ponownie ustawiają się jak gdyby nigdy nic w kolejkach do morza.

Fenomenalna jest nienarzucająca się muzyka Zimmera. Facet z filmu na film pisze coraz ciekawszą i coraz bardziej atonalną. W „Gladiatorze” w sumie króluje sztampa, a tu miejscami w pierwszej chwili nie wiadomo, co jest muzyką, a co odgłosem nurkującego samolotu, niekiedy wręcz trudno mówić o muzyce.

Zarówno Spielberg, jak i (zwłaszcza) Gibson mogliby się uczyć od Nolana, dlaczego mniej często znaczy więcej. Obok „Cienkiej czerwonej linii” i „Listów z Iwo Jimy” to najlepszy znany mi film wojenny.

Moje wpisy o nowych filmach zebrane przez Mediakrytyk.pl.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,