STILUS FRACTUS

Ostatnie seanse #5

Piąty zbiorczy wpis o filmach, które są już na ekranach kin od co najmniej dwóch tygodni. Dzisiejszy wypad do kina nie doszedł do skutku, dlatego będzie tylko o dwóch.

Tożsamość zdrajcy (Unlocked)

Thriller szpiegowski, przez niektórych nazywany „Bondem” albo „Bourne’em” w spódnicy. Bonda w postaci Alice Racine (dobra Noomi Rapace) raczej nie widzę, już więcej tego drugiego, zresztą pierwsza połowa faktycznie trochę przypomina klimatem filmy z Bourne’em. Także główne wątki są podobne.

Niestety – całość wydaje się o wiele bardziej naciągana, a do tego mniej więcej od połowy film Michaela Apteda, który zresztą wyreżyserował drugiego „Bonda” z Brosnanem (swoją drogą, chyba najmniej go lubię ze wszystkich „Bondów” nakręconych po 1990 roku), oglądało mi się trochę jak produkcję telewizyjną. Moim zdaniem zawiodły przede wszystkim mało wyrafinowane, zbyt sterylne, pozbawione stylu zdjęcia i mało dynamiczny montaż. Pod tym względem do „Bourne’ów” i „Bondów” jest bardzo daleko, a nie bez powodu mówi się, że film w istocie powstaje nie na planie, ale w montażowni. Pewnie też dlatego ta druga połowa trochę mi się dłużyła (ogólnie film wydaje się dłuższy, niż faktycznie jest). W sumie wyszło przyzwoite kino akcji, ale tylko przyzwoite.

Facet do wymiany (Rock’n Roll)

Francuska komedia, w której prawie wszyscy grają samych siebie. Sławny aktor Guillaume Canet (Guillaume Canet), mąż Marion Cotillard (Marion Cotillard), doznaje skrajnej postaci kryzysu wieku średniego.

Film jest dowcipny (jest dosłownie parę, i to umiarkowanie ciężkich, żartów poniżej pasa) i bardzo zabawny. Aktorzy nie tylko grają samych siebie, ale też uczestniczą w autentycznych wydarzeniach ze swojego życia, na przykład Cotillard leci do Kanady na zdjęcia do najnowszego filmu Xaviera Dolana („To tylko koniec świata”), a Canet przegrywa rywalizację o Cezara dla najlepszego aktora (w 2014 roku nagrodę dostał Pierre Niney; transmisja z ceremonii chyba jest autentyczna). Ale nie branżowe smaczki są tu najlepsze, ale to, jak Canet stara się znów być „Rock’n Roll” – młody, seksowny i ogólnie cool. Wtedy też film jest najśmieszniejszy. Podobno dla Francuzów przezabawne są także próby Cotillard z dialektem, te jednak w polskiej wersji językowej mimo godnej podziwu ekwilibrystyki tłumacza nie robią większego wrażenia. Nie do końca też rozumiem intencje, które stoją za absurdalnym zakończeniem. Czy miała to być pochwała miłości? Przewrotna refleksja nad dzisiejszymi standardami w filmie i telewizji? Absurd dla absurdu? Tak czy inaczej – warto.

Moje wpisy o nowych filmach zebrane przez Mediakrytyk.pl.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,