STILUS FRACTUS

Homo digitalis i jego gadżety

Nowoczesna technika może i ułatwia życie, w tym pracę, ale też je przyspiesza do granic przesytu i pozwala pracować więcej za mniej.

Chodzi o to, że w ten sposób każdy może pracować więcej za mniej. Taki tłumacz już nie spędza mnóstwa czasu w słownikach, bibliotekach i na konsultacjach z autorem lub redaktorem. Słowniki oraz inne źródła ma w komputerze lub online, konsultacje przeprowadza w komentarzach do pliku lub w mejlach, a do tego często musi korzystać z narzędzi automatyzujących przekład, takich jak Trados. Zarabia nawet mniej niż kiedyś, bo konkurencja wśród tłumaczy nieustannie rośnie i zyski wydawców są coraz mniejsze, a pracuje tyle samo, jeśli nie więcej – tyle że szybciej, cały dzień w fotelu wpatrzony w monitor. A skoro wszystko można wysłać mejlem, to i terminy znacznie bardziej napięte. Tak samo grafik już nie może, jak kiedyś, oderwać się od pracy w czasie, gdy komputer coś tam liczy, bo z minut zrobiły się sekundy, a z sekund – ułamki sekundy.

W przemyśle coraz bardziej zastępują nas maszyny, więc ludzie trafiają do usług, a tam konkurencja też nieustannie rośnie i postęp techniczny jedynie temu sprzyja. Odbija się to zarówno na tłumaczach, jak i na kasjerkach w supermarkecie i pracownikach magazynów Amazona, który zresztą kosi tradycyjną konkurencję i na dłuższą metę w istocie wcale nie tworzy nowych miejsc pracy, a może nawet zmniejsza ich liczbę.

Tymczasem ludzie po całym dniu gapienia się na bliskie przedmioty, zamiast się wyłączyć, dodatkowo poddają się temu całemu szumowi informacyjnemu i siedzą w autobusie lub tramwaju przygarbieni nad swoimi smartfonami.

Jak długo tak się da?

Dostęp do informacji niewątpliwie uzależnia. Człowiek czuje, że jest coraz bardziej tym znużony, a mimo to głód rośnie. Widzę to zresztą po sobie od czasu, gdy wreszcie wymieniłem stareńką nokię po młodszym bracie na smartfon z ekranem HD, założyłem blog i konta w witrynach społecznościowych, przed którymi dotąd się broniłem. Szybkie tempo życia to samonapędzająca się maszyna – im szybsze, tym mocniej nakręca. Zdarzało mi się zarwać noc przez zlecenie, raz nawet po 4 tygodniach pracy z jednym dniem wolnym w środku, i po tych ostatnich 15–20 godzinach, gdy już było po wszystkim, po prostu nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Nie czułem szczególnej ulgi, raczej przymus działania.

Po kolejnym krótkim zachłyśnięciu się najnowszą techniką znów nadszedł czas przesytu i tak jak wcześniej, gdy po pracy jadę tramwajem do kina, mam potrzebę bezmyślnie pogapić się przez okno, by zluzować oczy i schłodzić zwoje. Wypoczynek w stanie uzależnienia od informacji, w tym pod telefonem, i w ogóle od ekranu to żaden wypoczynek.

Znużeniu szumem informacyjnym towarzyszy znużenie elektroniką. Gdyby jeszcze się nie psuła i nie wymagała tak częstego ładowania, a tu reklamacja za reklamacją, co tydzień jakaś wymiana baterii, jak nie w wadze elektronicznej, to na płycie głównej albo w komputerku rowerowym, co chwila ładowanie jakichś akumulatorów, a do tego wszędzie kable, kable, kable…

Nie jestem gadżeciarzem, obecnie nie mam nawet laptopa (już niedługo), tabletu (już niedługo), telewizora, odtwarzacza DVD/Blu-ray, kamery sportowej (pewnie już niedługo), GPS-u biegowego ani samochodowego, odtwarzacza empetrójek, smartwatcha ani smartbanda, ale i tak jestem wręcz zawalony sprzętem elektronicznym. Co my tu mamy… Samodzielnie złożony komputer stacjonarny, dwa monitory, trzy urządzenia wskazujące (wymagające baterii), modem, router, UPS, smartfon, słuchawki (kiedyś pewnie dojdą bezprzewodowe), sprzęt hi-fi z pilotem, komputerek rowerowy, waga elektroniczna, aparat fotograficzny, pulsometr, sekundnik do treningu interwałowego, elektryczna szczoteczka do zębów, trymer, kalkulator, ładowarka do akumulatorów, wskaźnik rowerowy, wysokościomierz akustyczny (a będzie ich więcej), budzik, elektroniczny zegar szachowy… Chociaż z kalkulatorem i pulsometrem dałem sobie spokój, już nawet nie chciało mi się wymieniać baterii. Na szczęście pracuję w domu i nie muszę się bawić służbową komórką. Nie mam też żadnego agd. poza tym najbardziej podstawowym.

To między innymi przez doświadczenia ze sprzętem elektrycznym, w tym elektronicznym, nigdy nie ciągnęło mnie do własnego samochodu. Swoją drogą, dla kogoś takiego jak ja, kto nie musi codziennie daleko dojeżdżać, wygodniej – i na dłuższą metę taniej – jest po prostu raz na jakiś czas wziąć taksówkę lub auto z wypożyczalni. W zbiorkomie i taksówce nawet można się wyłączyć.

WYBRANE WPISY