STILUS FRACTUS

Wibrujące gardło stukilogramowej Halki

Nie lubię opery. Jest parę XVII-wiecznych wyjątków, ale to wszystko.

Nie lubię tego forsowania głosu, całej tej sztuczności, koturnowości, często od garderoby po ostatnie rzędy, tego całego gwiazdorstwa, min rodem z niemego kina, potężnie zbudowanych pięknych kochanków po pięćdziesiątce, którym już do późnej emerytury wystarczy nazwisko. To przyszło z czasem, głównie przez kontrast z dawniejszą muzyką. Z czysto artystycznego punktu widzenia doceniam choćby Wagnera, któremu znacznie bliżej do klasycznego teatru niż tym wszystkim Verdim, Rossinim, Haendlom i Vivaldim.

Wspomniane wyjątki to przede wszystkim nieliczne zachowane dzieła Monteverdiego oraz Dydona i Eneasz Purcella. O ile wykonanie jest „stylowe”: z użyciem dawnych instrumentów i bardziej stonowanych technik wokalnych, bez nadmiaru XIX-wiecznych naleciałości. Zwłaszcza późny Monteverdi to bardziej taki „teatr śpiewany”, wolny od typowego dla włoskiego baroku oraz twórczości jego zagranicznych wyznawców podziału: recytatyw, aria, recytatyw, aria, recytatyw, aria. Bez zbytnich popisów wokalnych, bez nadmiernego forsowania dynamiki. W większym stopniu pozwala wykonawcom wykazać się aktorstwem w głosie.

Na jednym z konkursów śpiewaczych, a może egzaminów, nie pamiętam, gość usłyszał od jury, że zbyt naturalnie wchodzi na scenę i na niej stoi. Nie, nie chodziło o to, że za mało elegancko, ale o brak tej charakterystycznej maniery. Pewnie też nie trzymał ręki na fortepianie…

Pamiętam, jak dyrektor jednego z polskich festiwali zachwycał się tym, że czołowi muzycy godzą się na iście spartańskie warunki. Chyba nigdy żadna gwiazda muzyki dawnej, podpisując kontrakt, nie będzie marudzić w kwestii wymiarów kanapek, co się zdarza różnym sławnym tenorom i primadonnom.

Swoją drogą, ciekawie w ostatnich dekadach zmieniał się ubiór muzyków klasycznych, zwłaszcza tych, którzy grają dawniejszy repertuar. Rzadziej niż kiedyś widzi się fraki, a nawet garnitury i szkolne mundurki na chórzystkach; coraz częściej są to czarne zestawy spodnie plus koszula, ewentualnie marynarka bez krawata, i proste sukienki, niekiedy różne mniej lub bardziej stylizowane koszule i kamizelki.

Podobno też mija era, jak to ktoś określił, stukilogramowych Halek. U Calixta Bieita czasem wszyscy latają po scenie na golasa i nawet jeśli nie zawsze ma to sens, raczej nie muszą się wstydzić tego, jak wyglądają.

Może kiedyś do teatru, opery i filharmonii ludzie będą chodzić jak do kina. Dla mnie bomba. Byleby zachowywali się jak w kinach studyjnych, a nie multipleksach.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,