STILUS FRACTUS

Na co mi maraton

Kiedy zacząłem się przestawiać na tak zwane bieganie naturalne, było to na tyle przyjemne, że pomyślałem, czyby nie przygotować się do maratonu. Z czasem jednak stwierdziłem, że szkoda zdrowia.

Jak powiedziałem w jednym z wcześniejszych wpisów, to, na ile taką technikę można nazwać naturalną i czy można ją polecać jako remedium na wszelkie kontuzje, jest kwestią dyskusyjną. Mnie, owszem, wydała się niezwykle naturalna: próba przebiegnięcia choćby parunastu metrów na spacerze w amortyzowanych butach do biegania po pewnym czasie była jakimś nieporozumieniem i już po tych kilku sekundach miałem poczucie, jakby mnie ktoś walił po głowie.

Dlaczego by nie pobiec w fivefingersach maratonu? Kręgosłup już nie odczuwał wstrząsów, kolana nie bolały… Wydawało mi się, że cała reszta to wyłącznie kwestia odpowiedniego stopniowania obciążeń i że mogę to zrobić bez długofalowych skutków ubocznych. Średnio miałem ochotę na taki wysiłek i niezbędne przygotowania, ale tych kilka dłuższych, ponadwudziestokilometrowych sesji jakoś bym przeżył.

Kupiłem Daniels’ Running Formula, pulsometr, zmierzyłem tętno maksymalne w biegu interwałowym, popracowałem nad planem… Niestety, gdy doszedłem do około 55 km w tygodniu, w tym samotnego treningowego półmaratonu, odezwały się rozcięgna podeszwowe, a w kostkach czułem bieg na tyle, że stwierdziłem: szkoda zdrowia.

Niby nic wielkiego, ale właśnie: po co? I to środkiem miasta po asfalcie?

Sprawdzić się? Przy odpowiednich parametrach i limicie czasu sięgającym sześciu godzin maraton można niemal przejść. Chodzi o czas? Odpowiedni trening, w tym ponadtrzydziestokilometrowe biegi, a także inne przygotowania wystarczą, żeby czas ten precyzyjnie oszacować na podstawie wyniku na 10 km i warunków. Dla zdrowia? Litości…

Tak więc miałem przed sobą w miarę zdrowe i bezpieczne biegi treningowe po polach i lasach na dystansie co najmniej 30 km, których celem byłoby przygotowanie do 42-kilometrowego biegu po asfalcie. Ten zaś nie jest ani do końca bezpieczny, ani zdrowy w dłuższej pespektywie. A już na pewno nie dla amatora, który nie biega w okolicach 3 godzin lub szybciej. (Ze znanych mi badań wynika, że lepiej stopniowo wytrenować organizm do szybkiego biegania, niż raz na dłuższy czas pobiec na maksimum możliwości przez 4 godziny. Albo w drugą stronę: jeśli biec, to już naprawdę truchtem).

Oczywiście, doskonale rozumiem, jak ważne są cele, że można uwielbiać klimat takich imprez, że od regularnego biegania długich dystansów łatwo się uzależnić. Akurat mnie atmosfera startu nie pociąga, a gdybym nie umiał wytrzymać bez treningu nawet dnia, potraktowałbym to raczej jako problem. Wolę biegać rekreacyjnie co drugi, trzeci dzień, a bieganie uzupełniać rowerem, rolkami, zwykłymi szybkimi spacerami oraz innym treningiem.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, , ,