STILUS FRACTUS

Kult urody w kinie

Zauważyliście, że w prawie wszystkich filmach opartych na faktach aktorzy grający pozytywne role, a zwłaszcza aktorki, są nieporównanie atrakcyjniejsi od pierwowzoru? I to nawet po uwzględnieniu wszelkich zmian w kanonach urody?

Gangster John Dillinger przyjął we Wrogach publicznych (Public Enemies) kształty Johnny’ego Deppa. W postać Giseli Werler w Lady Bank wcieliła się Nadja Brennicke. Bracia Bondurant w Gangsterze (Lawless) nie tylko stali się o niebo ładniejsi – na ile mogę to wywnioskować na podstawie jedynego znanego mi zdjęcia, pochodzącego z czasu, gdy byli jeszcze dziećmi – ale też nie mieli, a jakże, odstających uszu, choć dałoby się im bez trudu je dorobić. Dlaczego tego nie zrobiono, skoro tego samego Deppa w Pakcie z diabłem (Black Mass) twórcy filmu naprawdę mocno postarzyli i oszpecili, tak żeby przypominał prawdziwego Whiteya Bulgera, a partnera wspomnianej Werler, postać raczej neutralną, zagrał aktor w typie obleśnego cwaniaczka?

Można by tak długo wymieniać. Zależność wydaje się prosta: gdy postać ma budzić sympatię widza, nawet jeśli to brutalny gangster, musi być fizycznie atrakcyjna. Jeśli niekoniecznie – stawiamy na jaką taką wiarygodność. Przy czym dotyczy to, zdaje się, głównie mężczyzn, bo aktorka praktycznie zawsze musi być co najmniej ładna. Oczywiście, każdy taki pozytywny bohater ma przy tym idealne zęby, niezależnie od wieku, liczby wypalanych papierosów i czasu akcji.

Trochę mnie wkurza cały ten kult urody, choć sam mu siłą rzeczy ulegam. Szczytem wszystkiego jest To właśnie miłość (Love Actually), nieznośnie cukierkowy pean na część świąt i pięknych ludzi, niemal z przesłaniem „Tylko ładni mogą liczyć na miłość”, który dopiero co obejrzałem po raz enty (gdybym jednak oglądał go sam, pewnie parę scen bym przewinął). Ludzie najwyraźniej chcą i potrzebują lukru na ekranie.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,