STILUS FRACTUS

Ciężka dola TOPR-owca

Głupota turystów, koszty ratownictwa górskiego, narażanie życia ratowników… Po każdej akcji TOPR podnosi się raban. Chyba niesłusznie.

Z rozmowy z naczelnikiem TOPR sprzed kilku lat, którą przeczytałem w jednym z dzienników, wynikało, że bezpośrednie koszty akcji nie przekraczają 20 procent rocznego budżetu. Resztę wydatków trzeba ponieść niezależnie od tego, czy w roku wyjść lub wylotów będzie kilkaset czy tylko kilka.

W ostatnich latach średni roczny budżet TOPR wynosił 6–7 milionów złotych, co daje bezpośrednie koszty wszystkich akcji ratowniczych na poziomie poniżej 1,5 miliona.

To oznacza, że koszty te są pokrywane w całości lub niemal w całości przez procent od wpływów z biletów wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego (czy to nie jest forma obowiązkowego ubezpieczenia?) oraz z innych źródeł pozabudżetowych (takich jak darowizny, odpisy od podatku i pomoc sponsorów). Ze swoich podatków płacisz wyłącznie na utrzymanie gotowości.

A chyba zgodzisz się z tym, że służby ratownicze trzeba w górach utrzymywać, i zdajesz sobie sprawę z tego, że nie można pobierać od ratowanych lub ich ubezpieczycieli więcej, niż faktycznie kosztuje dana akcja?

Czy jednak nie należałoby pobierać – abstrahując od obecnych ograniczeń systemu prawnego w Polsce – opłat od tych, którzy chcą mieć po prostu szybki transport do Zakopanego albo którym pociecha się zmęczyła? To puszka Pandory: ludzie będą się bali wezwać pomoc nawet wtedy, gdy będzie potrzebna, rodziny będą się bały informować ratowników, gdy stracą kontakt z turystą. Od tego będzie tylko więcej ofiar – a zatem także kosztów, bo ciało i tak trzeba sprowadzić na dół, a potem jeszcze pochować, już nie wspominając o skutkach społecznych.

Osobna kwestia to narażanie życia ratowników. Owszem, głupota turystów nie zna granic. Płaskie trampki z H&M na zdradliwym szlaku przy niepewnej pogodzie, brak odpowiedniego ubrania na wypadek jej załamania, pchanie się na Orlą Perć bez przygotowania albo z kilkulatkiem – klasyka. Wspinacze zaś ryzykują świadomie, mogą co najwyżej w miarę możliwości kontrolować to ryzyko. Czy jednak można stawiać im taki zarzut w sytuacji, gdy służba w TOPR jest ochotnicza i jest to zawód jak każdy inny, do tego TOPR-owcy tak samo łażą tam, gdzie nie muszą? Podejrzewam, że większość wspina się lub wcześniej wspinała dla czystej przyjemności, nie tylko w ramach szkoleń ratowniczych i przygotowania do zawodu. O ile nie wszyscy. Może niepotrzebnie narażają życie kolegów?

Może trzeba by zapytać samych ratowników, co o tym myślą?

WYBRANE WPISY
Tagged in:,