STILUS FRACTUS

Kino, teatr, filharmonia

Uwielbiam chodzić do kina, bywam też na koncertach w kościołach, pałacach i klubach, omijam jednak teatr i filharmonię.

Wolę niezobowiązujące klimaty, miejsca, do których nikt nie przychodzi się pokazać, z dala od tego całego operowo-baletowego zadęcia i gwiazdorstwa. Już mniejsza o to, że z bardzo nielicznymi wyjątkami nie lubię zarówno opery, baletu, jak i większości standardowego repertuaru filharmonicznego.

Swoją drogą, w ostatnich dekadach ciekawie ewoluował ubiór muzyków klasycznych. Zwłaszcza w tak zwanej muzyce dawnej stroje od początku były ogólnie mniej zobowiązujące, ale od pewnego czasu nawet zespoły, które kiedyś na żadnym koncercie nie pojawiały się bez fraków i wieczorowych sukien (a przynajmniej jednakowych kompletów jak na 1 września), dziś, łącznie z dyrygentem, występują z reguły znacznie luźniej ubrane.

Bardziej po drodze mam do tradycyjnego teatru, jednak przeszkadza mi w nim między innymi to, że wychodząc w trakcie przedstawienia, mógłbym przeszkadzać nie tylko widzom, ale też wykonawcom, do tego ci drudzy mogliby to odczytać jako sygnał dezaprobaty. A ja chcę móc bezboleśnie wyjść w trakcie, jeśli akurat nie będę w nastroju. Nawet nie mogę co jakiś czas postać sobie w ostatnim rzędzie, gdy zacznę drętwieć albo zwyczajnie zmęczy mnie bezruch. Nie czuję się tam swobodnie. Nie mój klimat.

A w kinie po prostu lubię siedzieć, nie tylko oglądać filmy. Szczególnie późnym wieczorem.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, , ,