STILUS FRACTUS

A mnie drugi „John Wick” rozczarował

Pierwszy „John Wick” był całkiem udany. Cokolwiek odrealniony, ale nie przesadnie. Ot, taki urok gatunku. Teraz grają sequel. A sequele wszelkich łubu-du prawie zawsze okazują się łubu-du do kwadratu.

W sumie lubię łubu-du, byle z sensem. Lubię klasykę z Arnoldem, chociaż trochę z sentymentu, bo taki „Commando” z dzisiejszej perspektywy wcale nie jest lepszy od, dajmy na to, „Londynu w ogniu”. „Rambo” były niezłe, zwłaszcza pierwszy, ale ostatnią część serii zbojkotowałem po obejrzeniu zwiastuna (wtedy jeszcze oglądałem zwiastuny). Pierwszych „Niezniszczalnych” przestałem oglądać już po pierwszej, zdecydowanie debilnej, strzelaninie. Różnych matriksów kręconych z przymrużeniem oka, takich jak niedawny „Pan idealny”, nie trawię. Nie dotyczy „Kill Bill” i horrorów na wesoło.

W drugim „Johnie Wicku” trup ścieli się gęściej (128) niż w pierwszym (84), a przeciwnicy idą pod lufę jak barany na rzeź. Realizacja jest bez zarzutu, ale po jakimś czasie to wszystko zrobiło się zwyczajnie męczące, i to nie tylko dla uszu. To trochę jak starcie Neo i rozmnożonego agenta Smitha, tyle że kilkakrotnie dłuższe. Słowem – bez sensu, a na serio, bo odrobinę humoru dodano tam, gdzie akurat niewiele się dzieje. Owszem, walka wręcz wyszła rewelacyjnie. Jest brutalna, chwilami wręcz makabryczna, a zarazem dość oszczędna; wyjątkowo dużo się szarpią, taranują i kopią raczej po nogach niż po głowie, a wszystko to wygląda całkiem realistycznie. Także scena wśród luster wyszła znakomicie, ale kto widział „Wejście smoka”, ten nic nowego nie zobaczy.

Irytowała mnie też przerysowana gra drugiego planu, a chwilami – nawet Reevesa. Jakby tego było mało, Reeves próbuje swoich sił w rosyjskim i włoskim, a swego czasu miał duże problemy z brytyjskimi akcentami. Włosi z kolei ewidentnie za bardzo się starają dobrze wypaść w angielszczyźnie.

John Wick: Chapter 2 – recenzja

W Dwójce jest więcej wszystkiego – z wyjątkiem ciekawej historii. Mimo wszystko, sądząc po ocenach anglojęzycznych krytyków (7,1 – Top Critics na Rotten Tomatoes) i widzów (aż 8,5 na na IMDB.com), miłośników takiego łubu-du nie brakuje. Nawet rozumiem, że tak dobrze zrobiona i stylowa rzeź może się podobać. Nawet wolę takie filmy od błazenady w stylu „Pana idealnego” i pseudorealistycznej – a przez to, paradoksalnie, tym głupszej – sieczki à la „Londyn w ogniu”. To jednak jeden z tych sequeli, które okazują się przede wszystkim kompletnie niepotrzebne, bo prawie nic nie dodają do oryginału. Bijatyki, owszem, warto obejrzeć, ale to wkrótce będzie na YouTubie. Wygląda zresztą na to, że nakręcą trzecią część, a zakończenie drugiej sugeruje jeszcze więcej trupów. Tym razem chyba zostanę w domu.

Moje wpisy o nowych filmach zebrane przez Mediakrytyk.pl.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,