STILUS FRACTUS

Jestem mordercą

„Jestem mordercą” to mocno inspirowany faktami dramat psychologiczny, raczej nie kryminał ani nie thriller, ale jak się okazuje, interesujący również dla kogoś, kto zasadniczo woli kryminały i thrillery.

Chodzi o to, że to historia pojmania i skazania w poszlakowym procesie Zdzisława Marchwickiego, domniemanego Wampira z Zagłębia, który w latach 1964–1970 napadł na 21 kobiet, z czego 14 zabił – tyle że z innymi nazwiskami. Dlaczego innymi? Właśnie dlatego, że film jest tyle oparty na prawdziwych wydarzeniach, co nimi inspirowany. W rzeczywistości między ostatnim napadem a aresztowaniem Marchwickiego, które nastąpiło niespełna dwa lata później, do zabójstw przyznał się schizofrenik, który jednak został wypuszczony, a wkrótce potem zamordował swoją rodzinę i sam się podpalił. W filmie wiele w tej historii zmieniono i pod koniec faktycznie zrobił się kryminał.

Jednak od pierwszej sceny wiadomo, kogo powieszą, więc przez większość czasu w zasadzie nie jest to kryminał ani thriller. Fabuła to w przeważającej części rozmowy z podejrzanym, próby nakłonienia go do tego, by się przyznał, rosnące wątpliwości śledczych co do jego winy, a zarazem coraz większy dylemat: przyznać się do pomyłki, stracić twarz, nowy dom i kolorowy telewizor, ale uratować życie człowiekowi z marginesu, czy jednak pozostać dla wszystkich bohaterem. A to wszystko w potężnych oparach dymu papierosowego i wódki.

Właściwie film jest arcyciekawy pod każdym względem nawet bez suspensu. Zwłaszcza dotyczy to postaci podejrzanego Kalickiego vel Marchwickiego i porucznika Jasińskiego, który traktuje tę z pozoru beznadziejną sprawę jako kukułcze jajo, a nie szansę na awans. Jakubik w roli rzekomego wampira jest wycofany, przegrany, zrezygnowany, świadomy swojej roli kozła ofiarnego – człowiek, który nie ma już nic do stracenia i który chciałby tylko, żeby jego dzieci nie trafiły do domu dziecka. Haniszewski jako porucznik, który z obskurnej, wiecznie trzęsącej się kamienicy przy torach trafia do nowego, luksusowego bliźniaka, jest równie przekonujący: to lizus przerażony wyborem, przed którym stoi, próbujący przykryć to przerażenie sztucznym, oficjalnym uśmiechem i coraz częściej zaglądający do kieliszka.

Jestem mordercą - czy warto?

Równie interesująca jest ówczesna rzeczywistość, pokazana w brzydkich, cokolwiek niebieskawych barwach. Jedna z ofiar to bliska krewna genseka, a lud wie swoje i też się burzy, więc kogoś trzeba powiesić. Żonę wampira niektórzy też by powiesili. Albo lepiej spalili. Władza jest umoczona we wspólnym pijaństwie, skandalach, interesach i zależnościach, więc nawet sędzia jest niezależny tylko na papierze.

Mam jedynie wątpliwości co do muzyki w niektórych scenach: jazzująco hałaśliwej, bardziej pasującej do starych wielkomiejskich thrillerów w rodzaju „Brudnego Harry’ego” niż nastrojowego dramatu psychologicznego. Czasem nawet wydaje się na miejscu i ogólnie rozumiem zamysł, jednak chwilami bardzo mi przeszkadzała.

Czy znajomość prawdziwej historii, którą film jest inspirowany, przeszkodzi w oglądaniu? Moim zdaniem – nie bardzo, bo to przede wszystkim klimatyczny dramat psychologiczno-środowiskowy, a nie thriller/kryminał. Ja ze sprawy Marchwickiego nie pamiętałem nic poza tym, że kogoś złapano, a i to wyłącznie dlatego, że mówi o tym już pierwsza scena. Mimo wszystko końcówkę, niezależnie od tego, ile w niej fikcji, lepiej będzie ci się oglądało przed wizytą w Wikipedii.

 

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,