STILUS FRACTUS

Inferno

Trochę przebierałem nogami, nie mogąc się doczekać premiery „Inferno”, bo mam słabość do wszelkich thrillerów z Watykanem w tle. „Kod da Vinci” był fajny, „Anioły i demony” przesadzone, ale jeszcze w normie, ale z tym mam kłopot. Największym problemem tego filmu jest chyba to, że jest trzeci w serii. Nawet nie chodzi o porównania czysto filmowe, ale o poczucie sensu.

Nie wiem, na ile fabuła jest oparta na powieści, i zupełnie o to nie dbam, bo nie po to idę do kina, żeby porównywać książkę z filmem (nawet wolę jej nie znać). I mam wrażenie, że nowy film Rona Howarda to jedna z tych niepotrzebnych kontynuacji, które starają się za wszelką cenę zaciekawić znudzonego widza czymś nowym. I przy okazji ofiara ogólnego trendu w Hollywoodzie, polegającego na tym, że w każdym kolejnym sequelu akcji jest coraz więcej. I tak najnowszy „Jason Bourne” pod koniec odchodzi od pseudorealizmu wcześniejszych części i podąża w stronę „Bondów”, które z kolei ostatnio też zrobiły spory krok w stronę efekciarstwa w porównaniu z cokolwiek surowym „Casino Royale”. Tu zresztą nie tylko podkręcono tempo, ale też urozmaicono historię piekielnymi wizjami Langdona. Na szczęście to wciąż nie horror.

Mamy więc profesora, który już nie tylko musi główkować, dyskutować o sztuce i literaturze i uciekać, ale też walczyć. Przy tym wszystko odbywa się tu jeszcze szybciej i z mniejszym marginesem błędu, niż wcześniej. Oczywiście, zawsze znajdą się jakieś otwarte drzwi, które powinny być zamknięte. W ogóle intryga jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna niż w dwóch wcześniejszych filmach, od spisku poprzez manipulacje tajemniczej agencji aż po ucieczki. Tak jakby do „Kodu da Vinci” dodano pomysły z „Bourne’ów” i „Gry” z Michaelem Douglasem.

Ponadto drażniła mnie Felicity Jones w roli dr Sienny Brooks, nie-Dziewczyny Langdona, i dialogi o literaturze, w których Langdon i Brooks opowiadają sobie – a raczej widzowi – to, co oboje raczej wiedzą. Do tego Omara Sy jakoś lubię tylko wtedy, gdy gada po francusku i na wesoło. Rozczarowała mnie też muzyka Hansa Zimmera, która łączy przewodni motyw serii z rytmicznymi brzmieniami jak w „Batmanach” Nolana (albo właśnie „Bourne’ach”), co jednak tu raczej średnio się sprawdza. Jakby tego było mało, obraz tym razem ma proporcje 1,85 : 1, a nie 2,35 : 1. Wiadomo – kino domowe.

Nie mogę powiedzieć, żebym się nudził, zresztą jest parę zaskakujących zwrotów akcji (jakkolwiek nieprawdopodobnych i słabo umotywowanych), nie brakuje też zabytków i widoków na stare dzielnice. Dlatego całość w roli niewymagającego patrzydła nawet się broni. Wszystko to wydało mi się jednak okropnie płytkie, wydumane, a miejscami zwyczajnie idiotyczne. To trochę tak jak z drugim „Liberatorem” („Under Siege”), który byłby znacznie lepszy, gdyby wcześniej nie nakręcono Jedynki. Sorry, ale ile razy można odrywać gościa granatem od biurka, żeby w pojedynkę zbawiał świat? A on coraz bardziej się rozkręca. Najpierw mieliśmy tajemnicę, potem niezbyt groźną bombę z antymaterii, a teraz broń masowego rażenia i zagładę połowy ludzkości. Dżizas…

Z drugiej strony, jeśli chodzi o filmy dla dorosłych, konkurencja w tym tygodniu jest szczątkowa. Można zobaczyć, można sobie odpuścić – historia jest całkowicie niezależna od wcześniejszych i prawie na pewno nie będzie miała kontynuacji.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,