STILUS FRACTUS

Filmy, na których byłem w kinie trzy razy, a do których nie wracam w domu

Są filmy, które po prostu musiałem zobaczyć w kinie więcej niż raz, a do których niekoniecznie lubię wracać w domu, jak i takie, na których byłem tylko raz, a do których w domu wracam na okrągło (choć zwykle są to tylko dłuższe fragmenty i pojedyncze sceny).

To nie jest lista najlepszych, moim zdaniem, filmów wszech czasów ani moich ulubionych w dosłownym znaczeniu tego słowa. To tylko te, które koniecznie chciałem zobaczyć co najmniej trzy razy – zarazem w całości i właśnie w kinie. Jeśli będą jeszcze gdzieś grali – pewnie się wybiorę, jeśli nie – trudno. W kolejności alfabetycznej na podstawie polskiego tytułu.

W ogóle lubię przebywać w kinie. W domu po prostu nie mam nastawienia, by usiedzieć dłużej niż pół godziny, brakuje mi też klimatu. Popcorn nie jest problemem, bo i tak chodzę tam, gdzie go nie sprzedają, albo wtedy, gdy ludzi jest na tyle mało, że mogę usiąść daleko od reszty. Omijam przy tym reklamy.

Wyjątkowo zamieszczam zwiastuny, choć sam ich z zasady nie oglądam przed seansem, bo psują zabawę, ale na liście nie ma żadnych thrillerów ani kryminałów, więc pół biedy. Ewentualnie są to wybrane sceny, jeśli na YouTubie nie ma porządnego zwiastuna.

Amelia

Większość pewnie zna. Baśniowy, czarodziejski, nowatorski wizualnie, francuski do bólu, także w warstwie muzycznej. Banan do samego końca gwarantowany.

Avatar

Za pierwszym razem poszedłem na wersję 2D, dwa następne seanse były już w 3D. Uważam, że film broni się nawet bez trójwymiaru, ale przyznaję, że sporo dzięki niemu zyskuje, jak chyba żaden inny. Aurora jest prześliczna, panna też, a pomysł z roślinnością jako jednym wielkim systemem nerwowym z pamięcią pokoleń, z którym Na’vi i zwierzęta mogą się łączyć – no po prostu coś pięknego.

Podwójne życie Weroniki

Późny Kieślowski, dokładne przeciwieństwo Krótkiego filmu o zabijaniu. Kino magiczne z muzyką Preisnera. Lubię go bardziej nawet od cyklu Trzy kolory.

Rekonstrukcja

Historia miłosna na granicy wyobraźni – do końca nie wiadomo, co się dzieje na jawie, a co nie. Znakomite zdjęcia sprowadzone podczas montażu do rozdzielczości wideo i świetnie użyte Adagio na smyczki Barbera w jednej z najlepszych scen w historii kina, do tego Maria Bonnevie w podwójnej roli.

Samotny mężczyzna

Chyba mój numer jeden. To niezwykle stylowy debiut Toma Forda, znanego kreatora mody. Fantastyczne zdjęcia Eduarda Graua (wygląda na to, że wcześniej filmował tylko Ryana Reynoldsa w trumnie), pełne malowniczych zbliżeń i gry kolorów (które często zmieniają się nawet w obrębie pojedynczego ujęcia), niezwykła muzyka Abla Korzeniowskiego, znakomity Colin Firth. Wątek homoseksualny tak subtelny, jak to tylko możliwe. Ścieżka dźwiękowa często leci u mnie wieczorami.

Tylko kochankowie przeżyją

Zjawiskowa Tilda Swinton i Tom Hiddleston jako wampiry w nocnych klimatach Detroit i Tangeru. Wieczna miłość, wszystkie książki świata, dużo tajemniczego rocka i lutni, które też puszczam wieczorami. Do tego John Hurt jako prawdziwy autor Hamleta. Chyba najbardziej wyrafinowany i efektowny film Jarmuscha.

Wielkie piękno

A raczej wielkie zblazowanie z Rzymem w tle. Tadeusz Sobolewski nazywa filmy Sorrentina wydmuszkami, ale dla mnie to kwintesencja kina. Efektowny wizualnie i muzycznie, miejscami mocno odrealniony. Rzym śliczny.

Wszystkie poranki świata

Adaptacja powieści Pascala Quignarda (nie polecam w polskim tłumaczeniu, miejscami to jak nie Quignard), swego rodzaju filozofa muzyki, który jest też autorem scenariusza. To mój rekord: osiem albo dziewięć razy w kinie w ciągu kilku lat, grali to co jakiś czas w łódzkiej Cytrynie. Kupiłem nawet DVD we francuskim Amazonie, ale nigdy nie miałem ochoty oglądać tego na komputerze. Ćwierć wieku temu wielki hit we Francji, podobnie jak sama ścieżka dźwiękowa (w stu procentach francuski barok), dobrana i nagrana przez Jordiego Savalla. Film tyle piękny, co smutny. Bardzo ciemne, wyjątkowo malarskie zdjęcia, dużo dzieje się wyłącznie w blasku świec.

WYBRANE WPISY
Tagged in:,