STILUS FRACTUS

Efekt placebo w ocenie brzmienia

Efekt placebo w odbiorze dźwięku ma wiele źródeł. Czasem wręcz brzmienie wydaje się lepsze tylko dlatego, że większa jest głośność.

Audiofilia może nie jest chorobą, choćby dlatego, że to bardzo szerokie pojęcie i obejmuje także dbałość o akustykę pomieszczenia, rzecz dla brzmienia fundamentalną, ale taka opinia nie wzięła się znikąd.

Zasadniczo jest tak, że jeśli spodziewasz się różnicy, to ją usłyszysz. Jeśli ci się wydaje, że jakaś zmiana, na przykład wytłumienie ścian wytłoczkami albo gąbkami, przyniesie poprawę, bez punktu odniesienia uznasz zmieniony w ten sposób dźwięk za lepszy. Nawet jeżeli w istocie nie da się tego słuchać. Do czasu, aż pójdziesz na akustyczny koncert i usłyszysz różnicę.

Pamiętam, jak porównywałem swój interkonekt za jakieś 100 dolarów ze standardowo dołączanym do kompaktu „kabelkiem od lampki”. Grały zupełnie inaczej: droższy w Miserere Allegriego zapewniał choćby nieporównanie większe poczucie przestrzeni między głównym zespołem a tym w nawie. Po paru latach, gdy już miałem potężne wątpliwości, czy kable coś dają, przestałem słyszeć między nimi wszelkie różnice. Inne podejście – zupełnie inny rezultat.

Słyszałem też różnicę między pożyczonym czarnym kablem głośnikowym a swoim niebieskim. Czarny, a jakże, grał znacznie twardziej, w końcu był czarny. Pamiętam też artykuł w jednym z czołowych polskich czasopism audio, w którym autor przekonywał, że drewniany stolik gra miękko, a kamienny lub stalowy, już nie jestem pewien – twardo. Nie mam żadnych wątpliwości, że gość słyszał różnicę, ale gdyby pomalować oba stoliki tak, że twardy wydałby się drewnem, a miękki – stalą lub kamieniem, to ten drugi z pewnością zagrałby twardo, a pierwszy – miękko. A bywa i tak, że tester odwołuje się do jakichś odsłuchów sprzed miesięcy… Przecież już zachmurzenie, a więc temperatura barwowa światła, może diametralnie zmienić wrażenia, tak samo jak różnice w ciśnieniu powietrza, samopoczuciu i tak dalej.

Swoją drogą, mówi się, że prawidłowo zaprojektowany wzmacniacz będzie całkowicie neutralny dla dźwięku, a tym bardziej znaczenia nie będą miały kable. Spora część podobno nie jest „prawidłowo zaprojektowana”.

W ogóle porównywanie sprzętu inaczej niż na ślepo na podstawie błyskawicznie przełączanych kilkusekundowych fragmentów nie ma, moim zdaniem, sensu. W przeciwnym razie łatwo stwierdzić ogromne różnice między dwoma odtworzeniami tego samego zestawu i brak różnic między faktycznie różnie brzmiącymi.

Mam zresztą wątpliwości, czy ślepe testy mogą wykazać nawet faktyczne, mierzalne różnice w brzmieniu. Pamiętam porównanie trzech odtwarzaczy CD: discmana, taniego Philipsa i drogiego Denona, które przeprowadzono na wydziale inżynierii dźwięku i którego wyniki opublikowano w nieistniejącym już miesięczniku „Studio” (tym od klasyki). Podobno od razu było słychać, że grają zupełnie różnie, na przykład discman wyraźnie dudnił, ale przyszli reżyserzy dźwięku na ślepo praktycznie nie umieli stwierdzić, który jest który. Może gdyby faktycznie udało się przełączać próbki co kilka sekund…

Problem z testami polega także na tym, że trzeba by za każdym razem precyzyjnie dobrać głośność poszczególnych konfiguracji, na przykład oscyloskopem, w przeciwnym razie drobna różnica w natężeniu dźwięku, nawet rzędu 0,2 dB, może całkowicie zafałszować wyniki. Ludzki słuch działa bowiem tak, że dźwięk głośniejszy praktycznie zawsze jest odbierany jako lepszy. Stąd wzięła się na przykład loudness war.

Moim zdaniem jedynym rozsądnym wyjściem jest chodzić regularnie na koncerty i zacząć od akustyki pomieszczenia, bo tu nawet drobne zmiany mają wręcz ogromny – i mierzalny – wpływ na brzmienie. Dość powiedzieć, że w przeciętnym pokoju, nawet takim o korzystnych proporcjach, sprzęt pomiarowy może rejestrować różnice rzędu kilkunastu, kilkudziesięciu decybeli na przestrzeni kilku herców, a przesunięcie kolumn o kilkanaście centymetrów w jedną lub drugą stronę potrafi istotnie zmniejszyć lub zwiększyć taką fluktuację i przesunąć ją o kilkadziesiąt herców do przodu lub do tyłu (ze względu na efekt SBIR – speaker boundary interference response, czyli zjawisko nakładania się fal docierających bezpośrednio do słuchacza z odbitymi). Oczywiście, instrumenty nie grają wyłącznie częstotliwościami podstawowymi, więc to nie jest tak, że na przykład stopa perkusji w ogóle zaniknie, ale wpływ takich zakłóceń na brzmienie jest ogromny. Nawet większy mogą mieć różnice w czasie wybrzmiewania poszczególnych częstotliwości. Naprawdę warto pobrać jakieś sygnały testowe i samemu się przekonać o skali problemu, choćby na ucho.

WYBRANE WPISY
Tagged in:,