STILUS FRACTUS

Dlaczego mam serdecznie dosyć wielkiej płyty

Ostatnio pojawiła się opcja zmiany mieszkania na własne, a tu wszyscy dookoła odradzają nowe budownictwo, nie tylko ze względu na cenę. Może i teraz często buduje się naprędce, nie czekając, aż wszystko wyschnie, i bez infrastruktury, ale płyta dała mi się na tyle we znaki, że mam jej serdecznie dosyć, zwłaszcza że pracuję w domu. Nawet pomimo tego, że mieszkam w wyjątkowo – można by pomyśleć – fajnym miejscu, jak na wielką płytę, z drzewami za oknem aż po horyzont. Oto 18 powodów.

To jeden wielki plac budowy

W tej chwili mieszkam na osiedlu wieżowców z połowy lat 80. Pracuję w domu. Przez większość roku od rana do wieczora żyję na placu budowy. Jeśli akurat nie kują ścian, nie wiercą, nie szlifują wylewek, nie wymieniają okien i nie robią termoizolacji, to czyszczą balkony z rdzy.

Mały i niski salon

Wychowałem się w trzypokojowym mieszkaniu, w którym największy pokój miał 15 metrów kwadratowych. Teraz mieszkam w takim, w którym salon ma 19 metrów. Przeglądając ogłoszenia przed ostatnią przeprowadzką, większych w wielkiej płycie nie widziałem. Wysokość – wiadomo, tylko 2,5 metra. Pomijając ciasnotę jako taką – kiepski wybór do słuchania muzyki.

Gaz

Zawsze czułem się tak, jakbym żył na beczce prochu. Po serii wybuchów, które niszczyły całe budynki lub piony (tylko na moim obecnym osiedlu były dwa takie), zaczęły się porządne kontrole, ale co z tego? Wystarczył jakiś czubek, by następny wieżowiec skrócił się o parę pięter. Ktoś powie: nowe budynki od razu by się zawaliły w całości. Nawet jeśli byłaby to prawda, zacznijmy od tego, że nowe budynki raczej nie mają instalacji gazowych. Może i wychodzi drożej, ale chyba warto. Jakiś czas temu w starej kamienicy, wyposażonej w instalację, dwa razy straż pożarna nas budziła, bo coś się ulatniało, raz sam ją wzywałem. Przy okazji okazało się, że lokatorzy, by zaoszczędzić, nagminnie korzystają z własnych butli. Także w blokach korzystają. W nowym pewnie też znajdzie się ktoś, kto przegiął z kredytem i będzie próbował w ten sposób zaoszczędzić, ale przynajmniej cały nie wyleci w powietrze.

Hałasy od sąsiadów

W nowym budownictwie podobno też jest z tym bardzo różnie, ale już gorzej chyba być nie może, a do tego jest szansa, że będzie lepiej. Dużo zależy od sąsiada: czy wykorzysta dylatację, czy może bezmyślnie umieści sztywne elementy w bezpośrednim sąsiedztwie ścian.

Samochody pod blokiem

Wiadomo: wszędzie będą, ale skoro nie ma podziemnego parkingu, to pod oknami stoją wszystkie. A ponieważ większość to mniej lub bardziej zdechłe trupy, mam festiwal psujących się autoalarmów, zamków centralnych (swoją drogą, to jakiś wyścig w konkurencji: kto ma głośniejszego?), już nie mówiąc o grzaniu i regulowaniu silników.

Kościoły

Każde osiedle z wielkiej płyty ma swój własny kościół, albo nawet dwa, i średnią wieku mieszkańców taką, że proboszcz czuje się na tyle pewnie, by katować dzwonami już o 6 rano, a w niedzielę – łącznie przez kilkadziesiąt minut. Pół biedy, jeśli te dzwony są prawdziwe, a nie odtwarzane, jak tam, gdzie się wychowałem…

Trzepaki

Na wcześniejszym osiedlu w promieniu kilkudziesięciu metrów miałem sześć trzepaków, w tym trzy niemal pod samym oknem. Na obecnym – może dwa, a przy tym nieco dalej, ale to i tak dużo. Nie wiem, dlaczego dotąd ich nie zlikwidowano. Na kilka tygodni przed świętami nawet najlepsze zatyczki nie pomogą.

Chodniki

Zanim kupiłem fivefingersy, próbowałem zaoszczędzić i biegać w trampkach. Wiadomo: prosta, ostra krawędź, a lądowanie na przednią część stopy, czyli tak zwane bieganie naturalne. Do skraju osiedla miałem kilkaset metrów. Pierwsza gleba nastąpiła po mniej więcej stu, druga – może po trzystu. Dobrze, że chociaż było sucho, bo czasem nie ma jak przejść. Na obecnym osiedlu, stosunkowo nowym, już prawie wszędzie jest kostka. Prawie – gdzieniegdzie po deszczu trzeba kluczyć.

Psie kupy

Krzywe płyty to jedno, ale co mi po kostce, jeśli wieczorem muszę ją oświetlać smartfonem, żeby w coś nie wdepnąć, choćby rozsmarowanego przez tych, którzy mieli mniej szczęścia? O ile wiem, na nowych osiedlach ludzie nieporównanie bardziej się pilnują, co najwyżej nieco dalej wychodzi z nich buractwo. Na razie jednak mieszkam na polu minowym.

Głośne rury

Już w moim pierwszym mieszkaniu był to problem, ale w obecnym, gdy sąsiad odkręci kran, mam po prostu tornado, nawet w pomieszczeniach niesąsiadujących bezpośrednio z łazienką. W nowym budownictwie rury przynajmniej biegną w ścianach.

A to nie wszystko. We wcześniejszym mieszkaniu rury w sezonie grzewczym zwyczajnie buczały. Podobno wina rozdzielnika ciepła. Zgłaszaliśmy, coś tam robili, problem wracał. I tak przez kilka lat – i pewnie do dzisiaj.

Rury na wierzchu

Wiadomo, jak jest. Kiedyś prowadzono je na wierzchu, teraz chyba wyłącznie w ścianach. Nie mogę w jednym rogu salonu nic umieścić tak, żeby dało się to zakryć zasłoną. Na przykład rezonatora Helmholtza. Nawet regały z książkami brzydko odstają. Musiałem też swego czasu uszczelniać otwory, bo gdy sąsiadka zimą paliła w mieszkaniu, śmierdziało i u mnie.

Krzywe ściany, podłogi i sufity

Kto mieszkał, ten wie: pod sufitem pokój o 5 centymetrów szerszy niż przy podłodze. Albo i gorzej. Wystarczy postawić jakiś regał, żeby zaczęło się to rzucać w oczy. Podłogę często trzeba skuwać, żeby coś położyć, a farba na suficie pęka, bo płyty na łączeniach cały czas pracują.

Framugi

Każde drzwi o innej szerokości, niektóre naprawdę wąskie. W pokoju, w którym pracuję, mierzą 69 centymetrów, o 10–11 mniej od tych w salonie lub sypialni. Tak wyszło. Nie wszystkie fotele się mieszczą, a i te wąskie, na przykład z Ikei, wchodzą dosłownie na styk, więc framugi przed wyprowadzką będą do przemalowania. Ponadto są tak krzywe, że drzwi same się zamykają. Nie nadają się też za bardzo do zamontowania drążka. Te w poprzednim mieszkaniu były starego typu, z wąską wypustką, więc trzeba było kręcić tak, by metal dosłownie się w nie wbił. Te w obecnym są dwuczęściowe, bardzo nierówne i po prostu za miękkie – bałbym się zawisnąć na czymś takim.

Poczucie ciasnoty

Nie lubię aneksów kuchennych i niewydzielonych przedpokojów, ale chyba wolę to od wrażenia ciasnoty. Moje pierwsze mieszkanie: 47,5 metra, trzy pokoje, z których największy miał 15 metrów. Moje następne mieszkanie: 46,7 metra, dwa pokoje, w tym 29-metrowy salon, do tego znacznie wyższy. Przedpokój i tak sobie wydzielę regałami na książki.

Uziemienie

W nowych budynkach bolce są uziemione, w tych z PRL-u nawet zerowanie trzeba przeprowadzić samemu, a zerowanie wcale nie jest panaceum i ma swoje wady. Ja tam wolałbym drogi sprzęt audio i komputerowy podłączać do porządnej sieci.

Żywopłoty

Największa zaraza. Lubię zieleń, ale te kilometry żywopłotów to przekleństwo. Jak nie kosiarki do trawy i dmuchawy do liści, to piły łańcuchowe od rana do wieczora. Raz w niedzielę o szóstej rano, serio. Kiedyś dozorcy przycinali ręcznie i żyli, a teraz główną funkcją takiej zieleni jest zatruwanie życia.

Boisko do kosza

Tak, choć szczęśliwie nie mam pod oknami placu zabaw ani (jak na wcześniejszym osiedlu) przedszkola, mam boisko do kosza, i to między trzema wieżowcami. Serdecznie dziękuję za taką infrastrukturę.

Loggia plus za małe okna

Mój obecny salon jest po prostu ciemny, bo choć okna są duże, jak na bloki, są zdecydowanie za małe w sytuacji, gdy balkon to zamknięta z dwóch stron loggia, i to o niekorzystnej wystawie.

*

A przecież mogło być gorzej. Mógłbym na przykład mieszkać na ostatnim piętrze, o fatalnej izolacji termicznej i niedostatecznej naturalnej wentylacji. Mógłby to być jeszcze czteropiętrowy blok, pozbawiony windy, która jednak czasem się przydaje nawet komuś, kto na co dzień woli schody, choćby do wożenia mebli i roweru. Mógłbym mieć nawet cuchnący śmietnik pod samym oknem.

Pomieszkam – porównam. Na razie nie mogę się doczekać. Szkoda tylko, że wszystko grodzone – dla mnie obciach.

WYBRANE WPISY
Tagged in: