STILUS FRACTUS

Wywiad z pokerzystą

Bartek gra w pokera na pieniądze. W internecie. Po kilka godzin dziennie na kilku stołach, 20–50 tysięcy rozdań miesięcznie. Już sam nie wie, czy warto.

Pomysł rzucił wspólny znajomy. Początkowo miała to być rozmowa z kimś, kto dorabia grą w internecie i zmierza ku zawodowstwu, ale skończyło się rozmową z kimś, kto po raz kolejny w bólach próbuje uczynić pokera dodatkowym źródłem dochodu i ostatnio ma wątpliwości, czy to źródło wkrótce nie wyschnie. Z drugiej strony wywiadów z tymi, którym się udało, nie brakuje, więc chyba wyszło ciekawiej.

Dlaczego Bartek zamiast prawdziwego imienia?

Na wszelki wypadek, gdybym miał mówić o rzeczach, które pozwoliłyby mnie zidentyfikować. Najlepiej nie pytaj o to, co robię i gdzie.

Nic a nic?

Wolny zawód, duże miasto, jeszcze młody – wystarczy?

Boisz się?

Niedawno dorwali sporą liczbę graczy. Podejrzewam, że tylko tych nieostrożnych, którzy wypłacali pieniądze bezpośrednio na konto w banku, a nie w bankomacie z konta pośrednika, ale kto wie, nie znam szczegółów. Pewnie nie dostałbym nawet zawiasów, zwłaszcza że zamierzam płacić podatki od tak zwanych innych dochodów, jednak nie po to gram na prawdziwe pieniądze, żeby je stracić z nawiązką. Ale też nie chcę, żeby rodzina i znajomi wiedzieli.

Degenerat?

Właśnie. Gdybym jeszcze trzepał na tym kasę…

To w końcu grasz zawodowo czy nie?

Zawodowo – dotąd nigdy. Półprofesjonalnie – tak sądziłem, gdy po raz pierwszy do mnie napisałeś. To znaczy myślałem, że lada tydzień osiądę na jakichś sensownych stawkach. Wyszło inaczej.

Następny, który myślał, że wygra ze statystyką?

Nie, nic z tych rzeczy. Tylko od czasu ostatniego powrotu do pokera miałem za sobą już ze 100 tysięcy rozdań na dwóch najniższych stawkach i kapitał do w miarę bezpiecznej gry na trzeciej od dołu, na której w Polsce od biedy mógłbym się nawet utrzymać, gdybym grał naprawdę dobrze. Wyniki były takie sobie, ale cały czas piąłem się w górę i grałem coraz lepiej.

To co się stało?

Wariancja się stała. Fluktuacja statystyczna.

Mówiłeś o stu tysiącach rozdań…

To wciąż na tyle mało, żeby nawet najlepszy gracz miał kilkuprocentową szansę znaleźć się na minusie, a przeciętny, chociaż wygrywający – kilkunastoprocentową.

To ile trzeba tych rozdań?

Mówią, że przy dobrej grze – co najmniej 200 tysięcy. Plus minus, zależnie od przewagi nad innymi, stylu gry i odmiany pokera.

To przecież kilka miesięcy.

Dla zawodowca – powiedzmy, że od dwóch do sześciu. I mówimy tu o grze w internecie, bardzo szybkiej i na wielu stołach naraz. Dlatego wszyscy zalecają, żeby mieć w banku pieniądze na co najmniej pół roku życia.

Brutalne.

Większość przegrywa psychicznie, taka jest prawda.

I jesteś pewien, że to była wariancja, a nie psychika?

Wykresy sugerują, że przede wszystkim wariancja.

Pokazywałeś mi swoje wyniki w programie statystycznym, tak zwanym trackerze.

Bez tego ani rusz. Nie wiesz, co się dzieje, nie możesz przeglądać swoich rozdań, żeby wyciągnąć wnioski, nie możesz oceniać opłacalności różnych decyzji na podstawie dużej próby. Już pal licho HUD-a [head-up display – narzędzie wyświetlające statystyki poszczególnych graczy przy stole – S.F.].

Podobno bez HUD-a też nie da rady?

Zależy od stawek i liczby stołów. Jeśli grasz na jednym z małą pulą przeciwników, od biedy chyba wystarczą notatki. Pytanie, ile w ten sposób tracisz z potencjalnej wygranej. Zwłaszcza że przeciwnicy pewnie będą z HUD-a korzystać. Poza tym trzeba grać za całkiem konkretne pieniądze, żeby można było to robić na jednym stole i wciąż traktować pokera jako podstawowe, albo nawet dodatkowe, źródło dochodu.

To uczciwe?

Zdaje się, że robią tak prawie wszyscy, którzy liczą na jakieś pieniądze i starają się rozwijać, a regulaminy większości poker roomów [wirtualne kasyna – S.F.] tego nie zabraniają.

Słowem, i tak wszyscy się szprycują?

Nie, to nie tak. HUD nie podpowie ci, co robić. Pokaże jedynie to, co i tak byś z grubsza wiedział, grając na jednym stole z małą pulą przeciwników. Są gorsze narzędzia.

To w końcu zapewnia przewagę czy nie?

Raczej ułatwia życie i umożliwia grę na więcej niż jednym stole, co zresztą i tak ma swoją cenę. Chyba nie daje istotnej przewagi nad kimś, kto gra tylko na jednym i robi notatki.

Możesz to wyjaśnić?

Powiedzmy, że jeden gość na flopie [po wyłożeniu pierwszych trzech wspólnych kart w odmianach pokera typu Hold’em – S.F.] przebija cudzy zakład w 20 procentach przypadków, a drugi – w 10 procentach. To ci mówi, że pierwszy robi tak zapewne z trójkami, ciągami do koloru i zewnętrznymi ciągami do strita, a drugi – raczej tylko z trójkami, a jeśli nawet czasem blefują, to bardzo rzadko. Nie jest to wiedza, której nie daje obserwacja przeciwników i notatki. Tak samo jeśli się okaże, że ktoś na ostatniej [najlepszej – S.F.] pozycji przebija w pierwszej kolejce wcześniejszy zakład z asem i królem tego samego koloru, założysz, że robi tak z takim a takim odsetkiem kombinacji. Jeśli za jakiś czas zrobi tak z asem i dziesiątką, ten procent się zwiększy. Tak samo zachowuje się HUD, z tym że on po prostu liczy procenty i nie musi czekać, aż rozdanie rozegra się we wszystkich możliwych kolejkach.

To nie jest istotna różnica?

Niby dzięki temu nie musisz równie długo grać ostrożnie z wcześniej nieznanym przeciwnikiem. Z drugiej strony ktoś, kto gra bez HUD-a na zaledwie jednym stole, może obserwować zachowania, które ty z HUD-em przegapisz, na przykład szybkość decyzji w różnych sytuacjach i specyficzne strategie. Jeśli rezygnuje z tej możliwości, jego sprawa. Oczywiście, największą przewagę osiągniesz wtedy, gdy będziesz grał na jednym stole z HUD-em, ale tak chyba nikt nie robi, więc jakby nie było problemu. Jeden na jednego z pojedynczym przeciwnikiem przy wielu stołach równocześnie też gra bardzo niewielu.

Po tyłku dostają w zasadzie tylko niedzielni gracze, tak zwane ryby.

Ci chyba szybko giną?

Im i tak jest wszystko jedno, bo są gotowi płacić za rozrywkę i ani nie użyją HUD-a, ani nie będą śledzić gry przeciwników. Dobrowolnie rezygnują z przewagi nad użytkownikami HUD-a, jaką daje gra na pojedynczym stole? Ich decyzja. Wariancja jest taka, że większość i tak się dobrze bawi.

A gra nie jest ustawiona?

Przegrani narzekają, że ustawiona, zwycięzcy wiedzą, że człowiek najłatwiej zapamiętuje negatywne zdarzenia, i analizują dane statystyczne po setkach tysięcy i milionach rozdań. I wychodzi, że dwa asy faktycznie wygrywają z każdym innym układem w czterech rozdaniach na pięć, faktycznie pojawiają się raz na 221 rozdań i naprawdę przynoszą najwięcej kasy ze wszystkich kombinacji. Nawet jeśli gra jest ustawiona pod kątem niedzielnych graczy, to nie na tyle, żeby nie dało się ich grzmocić w najlepsze. Ale raczej nie ma powodu, żeby cokolwiek ustawiać. Amaya [właściciel PokerStars, największego poker roomu – S.F.] tylko z pokera ma setki milionów dolarów zysku rocznie i raczej nie może sobie pozwolić na jakąkolwiek aferę. A każda większa anomalia w wynikach zostałaby od razu ujawniona.

Wróćmy do twoich wyników. Jak to wygląda?

To może wróćmy do początków, bo to nie pierwsze moje podejście do pokera.

Zbankrutowałeś już kiedyś?

Pytasz o stratę kapitału? Raczej trudno mówić o bankructwie na najniższych stawkach. Wpłacasz, powiedzmy, 60 dolarów i grasz 2 NL [odmiana Texas Hold’em z nieograniczonymi zakładami, obowiązkowe zakłady w ciemno na dwóch pierwszych pozycjach w wysokości 1–2 centów – S.F.], tracisz co najwyżej trochę kasy na drobne wydatki. Chyba że grasz naprawdę dużo i naprawdę szybko tracisz, a żyjesz od pierwszego do pierwszego, wtedy masz problem. Na wschód od Buga na pewno łatwiej spłukać się w dosłownym sensie. Ale tak, wiele razy traciłem kapitał.

Czego zabrakło?

Na początku – klasyka. Myślałem, że najniższe stawki są tylko do nauki i że po krótkim wstępie spokojnie sobie poradzę na drugich od dołu. Miałem dobrą passę – i wszedłem na trzecie, oczywiście bez odpowiedniego kapitału.

To najniższe nie są tylko dla początkujących?

Nie te czasy. Wiesz, ile wynosi średnia pensja na Ukrainie?

Dwieście dolarów?

Nawet nie tyle. I teraz pomyśl, że jest cała armia ludzi, którzy otwierają kilkanaście i więcej sześcioosobowych stołów 2–10 NL i grają kilkanaście procent rozdań, albo nawet kilka, a mogą się z tego utrzymać. Choćby byli beznadziejni, nie wyciągniesz z tego sensownej kasy ani nie pójdziesz szybko w górę, jeśli będziesz tylko przeciętny i nie będziesz polował na ewidentnie niedzielnych graczy. A tacy niby-zawodowcy w znacznej części z grubsza wiedzą, co robią. Są słabi, ale do takiej gry nie potrzeba dużych umiejętności.

I jeszcze musisz pokonać rake [podatek dla kasyna od każdej puli począwszy od flopa – S.F.].

Wszyscy narzekają na rake.

Poziom jest coraz wyższy, rake w najlepszym razie nie spada. Niestety, ja zacząłem po czarnym piątku [15 kwietnia 2011 roku; dzień, w którym amerykańskie władze odcięły od internetowego pokera tamtejszych graczy – S.F.]. Dzisiaj już na średnich stawkach najlepsi wyciągają zaledwie dwie, trzy duże ciemne na sto rozdań, a rake’u płacą dwa, trzy razy tyle. Nawet na najniższych najlepsi wyciągają niewiele więcej, niż płacą rake’u.

Czyli można?

Można, ale pomyśl, czego potrzeba, żeby nie zrobiła się z tego skarbonka bez dna. Raz na sto rozdań nie weźmiesz pod uwagę, że rywalizujesz jeden na jednego z gościem, który przed flopem gra agresywnie tylko asy i króle, czyli jakiś 1 procent kombinacji, a na flopie tylko trójki, i już jesteś w plecy dużą ciemną. On przed flopem podbija, ty przebijasz, on przebija ciebie… W przypadku większości graczy pewnie byś w takiej sytuacji przebił za wszystko z dwoma królami, damami albo asem i królem, a tym razem powinieneś zrzucić nawet parę króli, bo wiesz, że w najlepszym razie będzie fifty-fifty. Ilu ludzi jest zdolnych rzucić parę króli przed flopem? Albo słabą trójkę na różnokolorowym czy w ogóle poszatkowanym flopie, już nie mówiąc o parze asów? Kiedyś takiej dyscypliny podobno wymagały tylko wysokie stawki, teraz – nawet te niskie.

To ile straciłeś i kiedy zacząłeś wygrywać?

Ze 30 tysięcy rozdań pewnie mi to zajęło. Straty – trudno powiedzieć, bo nie od razu używałem trackera, ale na pewno kilkaset dolarów. Potem z jakichś 20–30 dolarów zrobiłem 300 i wszedłem na 10 NL. Niestety, na krótko.

Skopali ci tyłek?

Tyle czytałem o agresji na 10 NL, że popełniłem typowy podobno błąd: sam przesadziłem z agresją. Miałem też trochę pecha, gdy moje naprawdę dobre karty trafiały na jeszcze lepsze. Ale nie dlatego dałem sobie spokój. Po prostu po jakichś 100 tysiącach rozdań stwierdziłem, że muszę spróbować czegoś nowego, więc postanowiłem nauczyć się kilku innych odmian pokera. Zostało mi chyba 200 dolarów, i te w większości straciłem właśnie na naukę nowych wariantów.

Co było dalej?

Najchętniej grałbym ośmiowariantowego miksa na jednym stole, ale na Starsach [PokerStars – S.F.] najniższe stawki w tym przypadku są dosyć wysokie, więc musiałbym znowu dojść do tych 300–400 dolarów albo je wpłacić, a tego nie chciałem robić. I tak prawie przestałem grać na jakieś dwa lata.

Dzisiaj łatwiej raczej nie masz.

Nie, ale wróciłem uzbrojony w nową wiedzę. Jak się okazało, wcześniej grałem beznadziejnie. Wystarczyło, żeby wyraźnie wygrywać na dwóch najniższych stawkach, ale i tak grałem beznadziejnie.

To może jednak nie było tak źle?

Spójrz na ten wykres [Bartek pokazuje mi ekran laptopa]. Dwie najniższe stawki, zysk cały czas w górę. Tyle że czerwona linia [wygrane w rozdaniach, które skończyły się przed wyłożeniem własnych kart w ostatniej kolejce – S.F.] mocno na plusie, a niebieska [wygrane w rozdaniach z wyłożeniem własnych kart – S.F.] na minusie.

Powinno być na odwrót?

Właśnie. Przesadziłem z agresją, i tyle. Wystarczyło na przeciętne wyniki na dwóch najniższych stawkach. Zresztą sam zobacz [Bartek pokazuje następny, nowszy wykres]. Czerwona linia – mocno na minusie, niebieska – mocno na plusie.

Czyli jest dobrze?

Nie jest, wciąż pracuję nad czerwoną linią. Na tych stawkach i tak pozostanie na minusie, ale nie powinna być tak stroma. No i wciąż mam trudności z dyscypliną.

Tak zwany tilt.

Nawet nie tilt. Ja już nawet przestałem zauważać, że moje asy przegrywają z jakimś gównem, choćby kilka razy z rzędu, nie staram się też za wszelką cenę odegrać. Wciąż jednak zdarza mi się wejść za wszystko z parą króli przeciwko komuś, o kim wiem, że gra tylko króle i asy, albo podejmować decyzje na podstawie zbyt małej próby. A niektóre statystyki wymagają na przykład co najmniej tysiąca rozdań, żeby były miarodajne.

To gdzie jesteś teraz?

Znowu doszedłem do 300 dolarów i zacząłem grać NL 10. Tym razem ogólnie grałem w miarę dobrze, ale akurat wtedy uderzyła wariancja. Tylko popatrz na żółtą linię [Bartek pokazuje kolejny wykres]. W jakieś trzy dni zielona spadła o 70–80 dolarów poniżej tej żółtej.

Chyba musisz wyjaśnić.

Ta żółta linia oznacza My currency all-in adjusted. Ta miara nie mówi wszystkiego, bo nie dotyczy wszystkich sytuacji, ale mniej więcej pokazuje, jak to wyglądało. Podam przykład. Jeśli w 2 NL mam dwa asy, a przeciwnik dwa króle, to średnio wygrywam w 80 procentach przypadków, a więc przy założeniu, że każdy z nas ma przy sobie 2 dolary i obaj wchodzimy za wszystko, średnio jestem 8 dolarów na plusie. Jeśli jednak na pięć takich rozdań przegram trzy razy zamiast raz, jestem 2 dolary w plecy, a więc 10 dolarów poniżej EV. To samo dotyczy układów na przykład na flopie: trafiam trójkę, przeciwnik ma zaledwie parę i asa, jestem 98-procentowym faworytem, gram agresywnie, a tamten i tak trzyma się tego gówna, licząc na cud albo podejrzewając blef, w końcu sprawdza za wszystko, co mu zostało, i w ostatniej kolejce trafia lepszą trójkę, a ja spadam o następne 2 dolary poniżej EV.

Wykresy nie kłamią.

To musiałeś mieć niezłego pecha.

Było kilka sesji, w których przeciwnicy trafiali wszystko, a ja, ze znacznie lepszymi kartami, nic.

Rozwaliłeś coś?

Jak mówiłem, niemal przestałem to zauważać. Jeśli rzucam kurwami, to wyłącznie wtedy, gdy sam zrobię jakieś głupstwo. Podobno najlepsi są najlepsi nie za sprawą różnicy w umiejętności, a właśnie dzięki nadzwyczajnej dyscyplinie i odporności.

Myślisz, że masz predyspozycje?

Chyba tak. Na pewno umiem przegrywać i pozostawić swoje ego na boku. Umiem też rzucić parę asów na flopie w obliczu agresji. Tylko te głupstwa z lepszymi układami od czasu do czasu.

Czyli dyscyplina to podstawa?

Obok zarządzania kapitałem to chyba najważniejsza rzecz. Chyba ważniejsza od strategii i ogólnie czysto technicznych umiejętności, a nawet od selekcji gier i miejsca przy stole. Zresztą nie tylko dyscyplina jako taka – w ogóle psychika. Strategię postawiłbym na ostatnim miejscu.

Dlaczego właśnie tak?

Możesz mieć najlepszą strategię, ale nic ci nie da, jeśli będziesz grał tylko z dobrymi graczami albo tych słabych nie będziesz miał po prawej stronie [Chodzi o kolejność podejmowania decyzji – S.F.], zwłaszcza że płacisz wysoki rake. Możesz mieć dobrą strategię i słabego gracza po prawej stronie, ale to nie wystarczy, jeśli co jakiś czas wszystko będziesz marnotrawił pod wpływem emocji. I wreszcie możesz mieć dobrą strategię, słabego gracza po prawej stronie i żelazną dyscyplinę, ale jeśli nie wybierzesz stawek adekwatnie do kapitału, wykończy cię wariancja. I nawet niewielki zapas może nie wystarczyć. Co innego stracić 20 wpisowych z 30, a co innego stracić 20 wpisowych z 50. Mało kto utrzyma poziom, grając na granicy.

Dwadzieścia wpisowych to chyba dużo?

Z jednej strony dużo, z drugiej – nawet najlepsza gra nie wyklucza większych wahnięć.

Rzeźnia.

Dlatego może kilka procent graczy ma szansę na więcej niż marne grosze.

Są jeszcze turnieje.

Otwierać kilka, kilkanaście naraz o określonej godzinie, nie wiedząc, czy skończy się po kilkudziesięciu minutach czy nad ranem, i to niekoniecznie jakąkolwiek wygraną? Zresztą w turniejach nie odpowiadają mi proporcje szczęścia i umiejętności. Wiesz, ilu jest zawodowców, którzy przez cały rok i dłużej nic nie wygrywają, a gdy już im się uda coś trafić, połowę oddają tym, którzy finansują im wpisowe?

A za gotówkę na żywo?

Po nocach, przy 10-osobowych stołach, w tempie 30 rozdań na godzinę, i to pod warunkiem, że krupier dobry? Podobno znacznie lepsza zabawa niż ta orka online, ale to nie moje klimaty. No i raczej nie w Polsce.

Chodzi o podatki?

Podatki, idiotyczne regulacje, które sprawiają, że kasyno musi być stroną w grze, a więc krupier musi coś obstawić, co oczywiście wypacza rozgrywkę, takie tam. Chociaż bywa jeszcze gorzej. Viktor Blom z paru tysięcy dolarów w krótkim czasie zrobił kilka milionów, jeszcze szybciej to przegrał, a szwedzki fiskus zażądał od niego ponad stu milionów podatku. No wiesz, naliczali od każdej wygranej puli. W sumie nic nowego, taka Astrid Lindgren musiała zapłacić podatek od nagrody przekraczający wysokość nagrody. Dopóki durnie tworzą prawo, tak to będzie wyglądać. Zresztą w PO wszyscy doskonale wiedzieli, a nawet przyznawali, że ustawa hazardowa jest do kitu, ale musieli się ratować po aferze z automatami i się bali, że PiS zje ich żywcem po pierwszej liberalizacji przepisów.

A na czarno?

Jeszcze nikt mnie nie zaprosił. Ale chyba za dużo w tym gangsta. I dymu papierosowego. Może gdybym miał kumpli pokerzystów, ale raczej trudno zostać pro, grając z kumplami przy piwie.

Czyli ogólnie nie polecasz pokera?

Jako sposób na życie? Wiesz, niektórym wciąż się udaje. Może i trudno zostać drugim Tomem Dwanem, bo na stawkach, na których zarobił miliony, po prostu już się nie gra, w każdym razie nie w internecie, a i te nieco niższe mocno, jak mówią, wyschły, ale niektórzy nadal nieźle z tego żyją. Problem jest inny: jak długo ten interes będzie się kręcić.

Boisz się, że zamkną?

Obawiam się wielu rzeczy. Rządy kolejnych państw blokują wirtualne kasyna albo wymuszają segregację lokalnych graczy. Zwykle kasyna muszą tam płacić wyższe podatki, więc już i tak wysoki rake jeszcze rośnie. Coraz gorsze są też bonusy [tzw. rakeback, czyli zwrot części prowizji – S.F.] dla najbardziej aktywnych graczy, do tego niektóre poker roomy wprowadzają anonimowość przy stole, więc nie można skutecznie używać HUD-a ani robić notatek, rake rośnie i tak dalej. Dopóki zawodowcy nakręcali boom, byli mile widziani, ale każdy, kto na dłuższą metę wygrywa – a w pokerze nawet przy obecnym rake’u jest to możliwe – zwyczajnie przynosi straty. Dzisiaj poker coraz częściej ma jedynie naganiać graczy do właściwego kasyna. No i ten nieustający wzrost poziomu gry.

Myślisz, że tobie się uda?

Staram się robić swoje. Teraz gram mniej, tylko na czterech stołach i niekoniecznie w najlepszych godzinach, raczej wtedy, gdy akurat mam mało pracy, bez napinki. Nie śledzę też na bieżąco swoich wyników i dość szybko odchodzę od stołu, gdy mi nie wychodzi. Tak profilaktycznie. Idzie wolno, ale to już chyba ostatnia próba i nie chcę tego zepsuć. Byle doczłapać do tych 200 tysięcy rozdań na plusie. Wtedy przynajmniej będę miał pewność, na czym stoję. I tak mam trudniej w tym sensie, że nigdy mnie nie ciągnęło do pokera i w ogóle kart. A podobno gra wyłącznie dla pieniędzy to najgorsze, co można zrobić.

Ty grasz wyłącznie dla pieniędzy?

Nie twierdzę, że zupełnie nie sprawia mi to przyjemności, ale wolałbym w ogóle nie grać, a już na pewno nie w jeden wariant. Gdy grałem niemal codziennie, nawet nie musiałem się zmuszać, bo byłem w stanie wiecznego nakręcenia, ale dwa dni przerwy – i już się zmuszam.

To dlaczego nie wrócisz do miksa, gdy znów uzbierasz tych 300–400 dolarów?

W ośmiowariantowym miksie jedyny sensowny ruch jest na Starsach, ale tam niedawno wprowadzono bardzo niskie ograniczenie puli w wariantach NL i PLO [odpowiednio: Texas Hold’em bez ograniczeń wysokości zakładów i Omaha Hold’em z ograniczeniem do bieżącej wysokości puli – S.F.]. Teraz zamiast jednego Hold’ema z limitem w praktyce mamy trzy. A zdaje się, że większość dzisiejszych graczy nie cierpi Hold’ema z limitem. Ja nie cierpię.

To może każdy wariant osobno?

Niestety, tylko Texas Hold’em w wersji no limit ma zarówno w miarę rozsądną strukturę rake’u, jak też odpowiednio duży napływ niedzielnych graczy, a przy tym da się to grać na największej liczbie stołów jednocześnie. Bo ile można czekać, aż uda się dojść do sensownych stawek?

To nie lepiej zaoszczędzić, wpłacić i od razu wskoczyć wyżej?

Nie wiedząc, czy ma się umiejętności i predyspozycje psychiczne do tego, żeby wygrywać na niższych stawkach? Chcesz się szybko spłukać – proszę bardzo.

Czyli pozostaje tak zwany grind.

Dla kogoś, kto nie ma pokera we krwi i ma ciekawsze rzeczy do roboty, w gruncie rzeczy to zajęcie monotonne i męczące, nawet na zaledwie czterech stołach. Przez jakiś czas grałem na sześciu cztery godziny dziennie na czysto sześć razy w tygodniu. Niby niewiele, a i tak mózg mi się gotował.

Jak długo tak się da?

Do emerytury pewnie się nie da. To być może największy problem. Swoją drogą, wielu twierdzi, że ktoś, kto jest zdolny wygrywać w pokera, znacznie więcej zarobiłby w innych branżach i byłby przy tym o wiele szczęśliwszy.

To co tu jeszcze robisz?

Próbuję różnych rzeczy. Nie chciałbym zajmować się tym samym przez całe życie ani przez cały dzień, to nie dla mnie. Na razie jeszcze można sensownie pograć bez wychodzenia z domu, to próbuję.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,