STILUS FRACTUS

Czy „Londyn w ogniu” naprawdę jest aż tak złym filmem?

Normalnie omijam takie dzieła szerokim łukiem, ale w tym tygodniu było mało ciekawych nowości, a ja mam słabość do filmów o zamachach na prezydenta, podobnie jak do – nazwijmy to tak – thrillerów katolickich. Czy naprawdę „Londyn w ogniu” („London Has Fallen”) jest tak zły, jak o nim mówią? Moim zdaniem to kwestia punktu odniesienia.

Jasne, to piramidalna bzdura z multum klisz, nieprawdopodobieństw i kretyńskich zachowań bohaterów. Kino płytkie jak kałuża, tak sobie zrealizowane, a przy tym całkowicie na serio.

Zupełnie jak pierwszy z brzegu klasyk z Arnoldem czy choćby western z dobrymi kowbojami i złymi Indianami. Ile w historii kinematografii było westernów na miarę „Bez przebaczenia” i kilku późniejszych?

Kiedyś kino akcji dzisiejszej klasy B często było kinem klasy A, co zresztą świetnie pokazali bracia Cohen w „Ave Cezar!”. Na przykład taki „Commando” ze Schwarzeneggerem dla mnie wcale nie jest lepszy od „London Has Fallen”, tyle że w czasach, gdy go oglądałem po raz pierwszy, zupełnie inne były standardy (i budżety), a dziś różowe okulary nakłada na nos zwykły sentyment. Na pewno jest też gorzej zrobiony. Pamiętacie te nieruchome, płaskie, tekturowe postacie przy wybuchających budynkach? I pomyśleć, że „Commando” nominowano do jakiejś nagrody za efekty specjalne, a najnowsze popisy Mike’a Banninga budzą u niektórych politowanie ze względu na efekty… Zresztą moim zdaniem nie do końca słusznie (co innego wcześniejszy „Olimp w ogniu”, faktycznie kiepski pod tym względem), no ale jak tu rywalizować z produkcjami za 150–200 milionów dolarów, a nawet więcej? No i Gerard Butler z pewnością jest nieporównanie lepszym aktorem od Arnolda. Albo Dolpha Lundgrena, który dalej łupie swoje bezsensowne łubu-du.

Moim zdaniem współczesne kiepskie filmy, które trafiają do kin, zasadniczo są lepsze od starych kiepskich filmów, które w swoich czasach trafiały do kin, nie tylko technicznie, a to, co jesteśmy gotowi uznać za nakręcone z przymrużeniem oka, często wcale takie nie jest. Tamte może mają swój urok, zwłaszcza dla tych, którzy się na nich wychowali, ale taki „Kung Fury” naprawdę nie jest zbyt mocno przerysowany. Zresztą powstał głównie jako hołd, nie parodia. Nieprzypadkowo filmy z van Damme’em i Lundgrenem dopiero w pewnym momencie zaczęły trafiać prosto na DVD.

Czy warto? Na pewno nie kosztem kilku innych, które obecnie można obejrzeć w polskich kinach, ale podejrzewam, że wielu spośród tych, którzy tak krytykują „Londyn w ogniu”, uwielbia raz po raz wracać do paru – obiektywnie rzecz biorąc – gniotów z lat 80.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,