STILUS FRACTUS

Czy kiedyś gry były lepsze?

Od lat o nowych grach mówi się, że nie dorastają do pięt starociom na ośmiobitowce, Amigę i wczesne pecety. Że krótkie, że płytkie, że najważniejsza jest w nich oprawa wizualna, a nie tak zwana grywalność, że nie mają tego czegoś. Poważnie?

Owszem, nowe gry w ogromnej większości mają w sobie mniej magii od pierwszego Moon Patrol na ZX Spectrum, ale wyjaśnienie jest bardzo proste: w latach 80. komputery osobiste i konsole miały magię, której nie mają współczesne pecety, bo jeszcze się nie opatrzyły, a ci, którzy krytykują dzisiejszą wirtualną rozgrywkę, byli po prostu młodsi i nie tak znudzeni techniką.

Każda współczesna odmóżdżająca zręcznościówka jest gorsza od wspomnianego hitu tylko o tyle, że powoduje oczopląs. Jeśli chodzi o całą resztę dających się porównać gier, zwykle porównanie 8–16-bitowych staroci z nowościami wypada, moim zdaniem, na korzyść tych drugich. Gry do pewnego momentu nie były wcale dłuższe; ich fabuła była uboga, świat – niewielki, grafika – wiadomo.

Pikseloza na ekranie wyświetlającym Commando na C-64 fascynowała, niemal wyrywaliśmy sobie dżojstik z rąk. Czy jednak można uznać tę grę za lepszą od, powiedzmy, pierwszego Far Crya, który w dość powszechnej opinii – choć dla mnie niezrozumiałej – był raczej techniczną demonstracją użytego silnika graficznego? Czy Crysis jest gorszą grą od Ikari Warriors, pozbawioną „duszy”? Czy Skyrim to jedynie popłuczyny po pierwszych Elder Scrollsach? Bo łatwiejszy? Litości… Oto co Wikipedia pisze o pierwszej części serii:

„Ken Rolston, lead designer of The Elder Scrolls III: Morrowind, says he started the game at least 20 times, and only got out of the beginning dungeon once”.

To ma być zaleta? Naprawdę o to chodzi? Doskonale rozumiem, dlaczego system automatycznego dostosowywania klasy przeciwników, jak w Oblivion, budzi sprzeciw, ale w dzisiejszych czasach wystarczy trochę poczekać na mody, a przy okazji łatki, i już można zgrywać hardkora w niemal każdej grze.

Owszem, kontynuacje gier z drugiej połowy lat 90. i początków tego wieku często przynosiły wyraźny regres albo w ogóle nie miały szansy się pojawić. Drugi Deus Ex to „konsolowy”, uproszczony pod każdym względem cień Jedynki, trzeci Gothic, abstrahując od błędów, niewątpliwie nie miał surowego klimatu dwóch pierwszych i uwodził pewną cukierkowością, nigdy niewydany sequel The Nomad Soul pewnie zaliczyłby klapę, gdyby nie odszedł od założeń poprzednika, a RPG-i na miarę obu Baldur’s Gate powstają głównie dzięki zbiórkom w internecie i często cierpią na spore bolączki techniczne. Z drugiej strony czy taki Fallout 3 nie był krytykowany głównie przez nostalgię za tradycyjnym widokiem? Czegoś mu brakowało poza tym, co zapewniłby mu wyłącznie widok w rzucie izometrycznym? Czy kolejne GTA ustępują poprzednikom w czymkolwiek prócz zdolności do budzenia wspomnień? Czy te wszystkie legendarne Doomy i Quake’i mogą się równać z którymkolwiek ze Stalkerów, z modyfikacjami czy bez?

Jeśli chodzi o długość, wiele ze współczesnych gier jest krótkich dlatego, że tryb dla samotnego gracza jest tylko dodatkiem do wieloosobowego. Zdarzają się, owszem, produkcje, które zapewniają kilka godzin zabawy i nic więcej, ale czy różnią się pod tym względem od staroci, które przed monitorem trzymały przede wszystkim trudnością, ewentualnie możliwością wykręcania coraz to lepszych rekordów? A później, w latach 90., ile było takich Half-life’ów i Unreali? Czy Wolfenstein i pierwsze Doomy to szczególnie długie gry? I czy byłyby choćby w połowie tak długie, jak są, gdyby twórcy nie przestawiali raz po raz miejscami tych kilku klocków na krzyż? Czy nie jest tak, że ostatni Doom straszy mniej tylko przez znudzenie graczy?

W Unreala i Half-life’a za pierwszym razem grałem w rozdzielczości 640 × 480 na laptopie z Pentium 200, bez jakiejkolwiek akceleracji graficznej, w kilkunastu klatkach na sekundę, czasem nawet kilku. Zarywałem noce – po prostu magia. Do dziś wracam do tego pierwszego, ale zdaję sobie sprawę, że robię to raczej przez nostalgię, głównie dla wspomnień, bo gra dziś by się nie obroniła, nawet gdyby oparto ją na współczesnym silniku i dorobiono jej supertekstury. Zabij potwora, wciśnij wielki przycisk w ścianie, wejdź na platformę windy, zeskocz na słup, na którym nie wiadomo skąd wzięła się giwera… Nie, nie po tych wszystkich Stalkerach. W swoim czasie była arcydziełem, ale współczesne w większości są zwyczajnie lepsze, nawet jeśli tak nie wciągają. Po prostu gracz się zmienił: komputery dawno mu spowszedniały, a różnice w jakości trójwymiarowej grafiki między tanim sprzętem a drogim są już względnie małe, więc nie ma za bardzo czym się ekscytować. Chcesz zagrać, to grasz, przerywasz, idziesz do lodówki, zaglądasz na Fejsa, znów siadasz, kątem oka oglądasz serial na drugim monitorze – żadnych pielgrzymek do kumpla, żadnych regulacji głowicy w magnetofonie i modlitw, żeby tym razem gra się wczytała…

Czy kiedyś gry były lepsze? Jestem pewien, że gdyby dziś przed monitorem posadzono kogoś, dla kogo technika komputerowa byłaby taką nowością jak dla nas w latach 80. i w pierwszej połowie 90., miałby z trzeciego Dooma i Return to Castle Wolfenstein jeszcze więcej frajdy niż najbardziej zagorzali wielbiciele ich protoplastów.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,