STILUS FRACTUS

Czas spowalnia w Karbali

Zwolnione tempo w kinie ma swoje miejsce, ale często jest stosowane tak, że budzi wyłącznie śmieszność lub zażenowanie.

Dopiero co obejrzałem Karbalę. Film jest technicznie i aktorsko bez zarzutu, fabuła wciąga, nawet jeśli widz już wie, jak to wszystko się skończy, dekoracje zbudowane na terenie byłej FSO doskonale udają miejsce akcji. Nie jest pochwałą nieskalanego bohaterstwa: ludzie się boją, niektórzy handlują na lewo, niektórzy zawodzą, generalnie przyjechali zarobić. Helikopterowi w ogniu, na którym zdaje się mocno wzorować, ustępuje w zasadzie tylko tym, że praktycznie nie widzimy helikopterów i RPG nadlatujących w stronę kamery.

Niestety, reżyser popełnił ten sam grzech co Scott.

Jest polska flaga łopocząca na wietrze, jest nastrojowa bliskowschodnia wokaliza i jest, a jakże, zwolnione tempo. To ostatnie pojawia się w jednej z końcowych scen, kiedy świeżo upieczony bohater, cały we krwi, niesie małą dziewczynkę. Serio. A dosłownie chwilę wcześniej pomyślałem, że wreszcie trafił się film wojenny bez taniego slow motion. Niby duperela, jednak sporo psuje.

Pasję Gibsona obejrzałem – mimo łatki magnesu dla kółek różańcowych – głównie dlatego, że przeczytałem o obrazach godnych płócien Rafaela. Faktycznie, film długo robił wrażenie, i to nie tylko wizualne, ale prawie cały czar prysł w scenie biczowania, gdy Jezus upada zakrwawiony na ziemię. Oczywiście – w zwolnionym tempie. A już zupełnie prysł w momencie, w którym nieborak podnosi się z krzyżem na plecach. Oczywiście – w zwolnionym tempie, do tego przy patetycznym crescendo Johna Debneya. Dżizas… Potem pozostały już tylko obrazy, bo nie sposób było zapomnieć, że to tylko film. Cała ta rzeź na ekranie została sprowadzona do artystycznego eksperymentu na polu makabry. Nastrój wrócił tylko na moment, właśnie w scenie Drogi Krzyżowej, kiedy to muzyka… na dłuższą chwilę zamilkła.

Tanie łopatologiczne chwyty dla maluczkich, żeby im coś przypadkiem nie umknęło w tym cierpieniu Zbawiciela. Coś jak te cukierkowe kolorki na komunijnych obrazkach rozdawanym dzieciom, jakby taki Caravaggio się nie nadawał.

Mniej często znaczy więcej. Moim zdaniem i Karbala, i Helikopter w ogniu dużo by zyskały, gdyby nie było w nich zwolnionego tempa, a nawet spokojnie obyłyby się bez muzyki. Już pal licho tę cholerną flagę.

Zwolnione tempo ma, owszem, rację bytu. Zupełnie nie razi, wręcz przeciwnie, choćby w Armageddonie, o ile ktoś, rzecz jasna, lubi takie klimaty. Pamiętacie tę scenę ostatecznych przygotowań astronautów przeplataną przemówieniem prezydenta? Te spowolnione, koliste ruchy kamery i skośne plany, jak to u Michaela Baya, a w kadrze promienie wpadające w obiektyw, amerykańską flagę w tle, czarnego chłopca w Afryce, który trzyma w ręce małe radyjko i wpatrzony w niebo osłania dłonią oczy od słońca? Kicz do kwadratu, który jednak mógłbym oglądać na okrągło.

WYBRANE WPISY
Tagged in:,
  • Monica

    Niestety, jeżeli chodzi o Karbalę „łopocząca flaga” to najmniejszy problem. Jak sam już zauważyłeś, film spokojnie mógłby się obejść bez muzyki, która gra kiedy nie powinna, a kiedy powinna, nie gra. Liczba pocisków odliczona co do sztuki, żałośnie patetyczne teksty… Nawet genialny aktor, jakim jest Topa,w tym filmie nie wygląda nadwyraz dobrze. Ten film to jeden z największych zawodów ostatnich lat.