STILUS FRACTUS

Czy Coelho to aż taki grafoman, czy może tłumacze go psują?

…a może jedno i drugie? Bo takiego Quignarda też łatwo zepsuć.

W zasadzie nie znam twórczości Coelho, nawet nie dotrwałem do końca pierwszej z brzegu powieści, „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam”. Podobno nie zacząłem najlepiej – skądinąd dziwne, że nie odstraszył mnie pretensjonalny tytuł – ale trudno. Książka ma niezliczonych wielbicieli, więc zakładam, że jest dość reprezentatywna.

Z trudem przebrnąłem przez tych sto kilkadziesiąt stron wypełnionych ogromną liczbą słów, z których nic nie wynika, oraz sztucznymi, wydumanymi sytuacjami i dialogami, ponadto przetłumaczonych pretensjonalnym językiem (do tego jeszcze wrócę). Raz po raz trafiałem na takie oto fascynujące rozmowy:

– Może jeszcze odrobinę wina? – zapytał mnie nieznajomy, nieco szpakowaty mężczyzna, dolewając mi szkarłatnego trunku do kieliszka.

Z przyjemnością wypiłam kolejną lampkę wina i pomyślałam z żalem o tym, jak niewiele będę mogła w przyszłości opowiadać moim dzieciom i wnukom.

– Liczę na ciebie – szepnął tak cicho, abym tylko ja mogła go usłyszeć. – Pojedziemy razem aż do Francji?

Kolejne kieliszki wina sprawiały, że miałam odwagę mówić to, co leżało mi na sercu.

– Tak, pod warunkiem że mi wyjaśnisz do końca jedną rzecz – odparłam.

– Nie wiem, co masz na myśli.

– To, co powiedziałeś mi  w kawiarni przed odczytem.

– Mówisz o medaliku?

– Nie, odrzekłam, patrząc mu w oczy i starając się za wszelką cenę zachować pozory osoby trzeźwej. – To, co powiedziałeś mi wtedy.

– Porozmawiamy o tym później.

– Jeśli chcesz, żebym pojechała z tobą, musisz mnie wreszcie wysłuchać – rzekłam.

– Nie chcę tu o tym rozmawiać – uciął krótko. – Teraz jest pora zabawy.

– Wyjechałeś z Sorii, będąc  jeszcze młodym chłopcem – obstawałam uparcie przy swoim. – Jestem jedynie pomostem łączącym cię z rodzinną ziemią. Dzięki mnie żyłeś zawsze blisko swoich korzeni, a to dodawało ci sił do dalszej drogi. I to wszystko. Tu nie może być mowy o miłości, żadną miarą.

A oto kontrprzykład z mojego ulubionego „Tarasu w Rzymie” Quignarda. Grawer Meaume zostaje oblany kwasem przez zazdrosnego narzeczonego, który następnie chce go zabić. Kochanka przychodzi do niego nocą, by go ostrzec.

Kilka dni później, w sierpniowy ranek 1639, dzień bardzo piękny, Nanni budzi go. Meaume nie wierzy  własnym oczom. Ona jest tu, na mansardzie. Dziewczyna, którą kocha, wróciła. Jest nad nim. Potrząsa jego ramieniem. Nagość jej nie pociąga. Zarzuca mu koszulę na brzuch. Mówi do niego cicho, pospiesznie: „Słuchaj mnie! Słuchaj!”.

Odwraca się, jakby ktoś ją śledził. Strach ściąga jej rysy. Przerażenie w oczach. Jej twarz jest różowawa, łagodna, pociągła, wychudła, poważna. Pod oczami sińce. Długie włosy związane w prosty węzeł pod szarym czepkiem. W szarej sukni, w białej kryzie. Piękniejsza niż kiedykolwiek. Pochylona nad nim.

– Musisz wyjechać, natychmiast.

On, zaspany, siada na posłaniu. Przeciera powieki dłońmi. Przygładza niezręcznie włosy.

– Musisz wyjechać z miasta jeszcze dzisiaj.

– Dlaczego?

– Natychmiast.

– Dlaczego natychmiast?

– On tu przyjedzie. Chce cię zabić.

Dotyka przerażona jego twarzy i mówi: „Lubiłam tamtą twarz. Szkoda, że ją straciłeś”.

– Co się dzieje? Dlaczego muszę natychmiast wyjechać? – pyta Meaume, gwałtownie cofając głowę przed rękoma Nanni Veet Jakobsz.

Ona milknie. Powoli zbliża rękę do koszuli, którą zasłoniła nagość artysty. Powoli gładzi, a potem obejmuje przez materiał twardniejący pod koszulą członek. Gwałtownie puszcza sterczącego penisa. Spogląda na Meaume’a. Posyła mu piękny uśmiech. I mówi, przestawszy się uśmiechać: „Bo mu powiedziałam, że cię kocham”.

Nagle wybucha płaczem. Smarcze w chusteczkę.

– Stałeś się naprawdę ohydny.

– Co na to poradzę?

– Zaiste nie widzisz sam siebie!

– Wkłada chustkę do rękawa i mówi: „Chciałam, żeby cię zabił. Teraz nie chcę, żeby cię zabił”.

Lapidarny, powściągliwy styl, krótkie zdania o ogromnym ładunku emocji. Dla mnie dokładne przeciwieństwo tego, co znalazłem u Coelho. Wiem, że to tylko pierwsze z brzegu przykłady, ale myślę, że dobrze pokazują tę różnicę.

Kto wie, może do pewnego stopnia Coelho popsuli tłumacze. Nie mogę, niestety, porównać przekładu z oryginałem, bo nie znam portugalskiego, ale mogę powiedzieć, że jest zrobiony bez wyobraźni. Na przykład kto normalny używa w dialogu iż, bowiem i zaś (a jakby tego było mało – dwóch ostatnich od razu na początku zdania lub po przecinku)? To mi przypomina zabiegi tłumaczy filmowych, o których wspominałem we wpisie „Polskie tłumaczenia filmów i gier”.

Jeszcze fragment „Na brzegu rzeki…”:

– Szkoda tylko, iż nie mogą grać w tej sztuce sami i wciągają w nią innych aktorów. To właśnie uczynił ten człowiek sprzed kaplicy. Pragnął się za coś odegrać i właśnie nas wybrał do tego celu. Gdybyśmy mu ulegli, czulibyśmy teraz żal i smak porażki, bowiem tym samym zgodzilibyśmy się wziąć udział w jego nędznym życiu i w jego rozgoryczeniach.

To jest przemówienie, nie dialog.

Tłumaczka popsuła także polskie wydanie „Wszystkich poranków świata” Quignarda (Prószyński i S-ka). W oryginale mamy takie oto zdanie: „[…] qui avait souhaité mourir avec un peu de vin de Puisey et de musique”. Dosłownie mamy tu do czynienia z konstrukcją „[…] który zapragnął umrzeć przy odrobinie wina z Puisey i muzyki”. Co widzę w polskim wydaniu? „Zapragnął odejść z tego świata z kielichem puiseyskiego wina i przy dźwiękach muzyki”. W ekranizacji powieści, do której scenariusz napisał sam Quignard, widać, o co chodzi: łoże śmierci, noc, kilka świec, Saint-Colombe gra umierającemu tombeau na wioli da gamba. A zrobiła się z tego śmierć Petroniusza… Inny przykład, fragment o córkach Saint-Colombe’a: „[…] Aussi les enfermait-il dans le cellier ou dans la cave, où il les oubliait”, czyli: „[…] Zamykał je w spiżarni albo piwnicy i [dosł. gdzie] o nich [dosł. je] zapominał”. W tłumaczeniu czytamy: „[…] a potem zapominał o małych winowajczyniach”. Takie zabiegi w połączeniu z niepotrzebnym zdrobnianiem i dodawaniem słów sprawiają, że cała surowość Quignarda, oparta na krótkich, zwięzłych zdaniach, poszła się pieścić i powieść po prostu nie robi większego wrażenia. Sprowadziłem sobie oryginał i dopiero ten czytało mi się z przyjemnością.

Ludzie, przeczytajcie „Taras w Rzymie”.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,