STILUS FRACTUS

Buntownik w mundurku

Przez swoją awersję do wszelkich form umundurowania (nie mylić ze służbami mundurowymi!) pewnie nie mógłbym zostać na przykład skejtem pełną gębą.

Nigdy nie miałem większej potrzeby wyróżniać się ubiorem albo fryzurą; moje ciuchy, mimo że dobierane dość starannie (nawet jeśli ostatecznie nieco odbiegały od moich upodobań), zawsze były przede wszystkim tanie, wygodne i starczały na długo. Jednak wszelkie mundurki, czy to szkolne, czy korporacyjne, zawsze tolerowałem wyłącznie na innych. Już nawet nie chodzi o wygląd i wygodę, ani nawet o to, że nie zawsze można dobrać kolor materiału pod kątem oczu, włosów, cery – chodzi o samo uszeregowanie, wciśnięcie w jakieś tam ramy. O konwenanse.

Oczywiście, wszyscy żyjemy wciśnięci w jakieś tam ramy, ale tym bardziej w cenie jest indywidualizm. Choćby dlatego nie rozumiem tych wszystkich subkultur o podobno buntowniczym image’u, które wymagają od swoich członków takiego samego podporządkowania w dziedzinie wyglądu i stylu bycia jak bezduszne korporacje.

Jadę pod wieczór tramwajem, wsiada grupa nastoletnich skejtów z deskami. Wszyscy ubrani właściwie tak samo, wszyscy w podobnie zaczesanych średnio długich włosach, wszyscy w wełnianych czapkach (nie żeby było wtedy chłodno). Kasków z sobą, a jakże, nie mieli.

Jasne, chodzi o identyfikację z grupą, o znaki przynależności, ale moim zdaniem cały ten „bunt” można sobie przez to o kant potłuc.

Ciuchy i fryzurę dobiera się do stylu bycia, sylwetki, koloru włosów, koloru oczu, kolorytu cery. To jest indywidualizm. Reszta to korpo – skejtowe, heavy-metalowe, hip-hopowe, urzędowe, finansowe. Każde korpo ma swoje mundurki, własny kod i tak dalej.

Słowem, ubierajcie się, strzyżcie i malujcie tak, jak tylko macie ochotę, tylko mi nie mówcie, że to bunt i indywidualizm.

WYBRANE WPISY
Tagged in:,