STILUS FRACTUS

O braku weny i planach wydawniczych

Blog i brak weny podobno zawsze idą w parze. Blog ma już półtora roku, wpisów w tym czasie pojawiło się 330. A może raczej wystrzelałem się z tematów, na które mam coś do powiedzenia, i ogólnie nie mam za wiele do powiedzenia?

Już raz się zdarzyło, że przez 2 tygodnie nic nie opublikowałem, potem jednak pojawiły się pomysły i przez ponad pół roku udawało mi się wrzucać wpisy te trzy razy w tygodniu, nawet jeśli co drugi dotyczył nowego filmu. Ale niedawno stwierdziłem, że nie ma sensu pisać o filmach, o których wszyscy piszą, i to w samych superlatywach, zwłaszcza że i tak prawie nikt nie chce o tym czytać. W ogóle o filmach nie ma większego sensu pisać później niż w czwartek przed piątkową premierą, a w Łodzi nie mamy pokazów prasowych, czasem tylko zwykłe przedpremierowe. Jakby tego było mało, na Fejsie zajawki, których nikt nie klika, obniżają ogólny edge rank strony, czy jak to się teraz nazywa, więc lepiej wcale nie publikować, niż publikować sobie a muzom.

No chyba że akurat pójdę mocno pod prąd jeszcze w piątek albo faktycznie będę pierwszy, jak po nocnym seansie nowego „Greya”, który na ekrany wszedł bez pokazu prasowego – ten klikał się rekordowo.

CZEGO TRZEBA, ŻEBY PROWADZIĆ POCZYTNEGO BLOGA O LAJFSTAJLU?

Na pewno trzeba mieć to coś w osobowości i stylu, ale poza tym albo trzeba mieć coś do powiedzenia o wszystkim, co dotyczy związków, kariery i tak dalej, albo trzeba robić wiele ciekawych rzeczy, a najlepiej jedno i drugie. I mieć trochę kasy na promocję, bo Facebook coraz bardziej tnie zasięgi wszystkiego, co nie pochodzi od znajomych. I na zdjęcia stockowe.

Właściwie powinienem prowadzić blog o filmie, ale to byłaby kompletna nisza, a z drugiej strony nie będę ratował obecnego tekstami o kinowych nowościach, żeby nie zmieniać jego charakteru. W robieniu fajnych rzeczy chwilowo mam przerwę. To co zostaje?

Doświadczenie w uwodzeniu mam za małe, żeby tworzyć elaboraty pod tytułem „Rodzaje kobiet, których lepiej nie podrywać”, zresztą dotąd miałem dobrego nosa i trochę te związki trwały. O tym, jak najszybciej zaciągnąć kobietę do łóżka bez zobowiązań, też nie napiszę, bo światowej klasy wynik wykręciłem od razu w pierwszej i zarazem ostatniej próbie. Korpo – terra incognita, właściwie od początku pracuję w domu. Nawet bachora nie mam, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Cudzego nawet na Insta nie puszczę, bo od razu pedofil.

COŚ SIĘ JEDNAK ZNALAZŁO

Wena i tematy wprawdzie spływają w najmniej oczekiwanym momencie, ale mam już trochę materiału.

Liczę na to, że spodoba się Wam bardzo obszerny wywiad, który opublikuję w najbliższych tygodniach (być może w częściach). Jeszcze nie jest skończony, do tego będzie wymagał dużo edycji. To będzie zapis rozmów z anonimowym półprofesjonalnym pokerzystą. Żadna tam gwiazda, która zaczynała jeszcze w czasach boomu, gdy ludzie pod wpływem sukcesu Chrisa Moneymakera (sic!) siadali do stołu z setkami dolarów, nie znając dobrze nawet reguł. To ktoś, kto po wielu próbach wreszcie dojrzał do tego, żeby uczynić z pokera online źródło utrzymania. Na razie próbuje doszlifować swoją grę na tyle, żeby na trzeciej stawce od dołu, grając po kilka godzin dziennie na kilku stołach naraz, co najmniej 50 tysięcy rozdań w miesiącu, osiągnąć teoretyczne maksimum przewagi i dojść z kilkuset dolarów miesięcznie do tysiąca, zanim ruszy dalej. A przy okazji uniknąć wzroku władzy. Taki mamy klimat.

Mam też w zasadzie gotowy tekst o tym, jak zrobić adaptację akustyczną w wersji minimum, a raczej o tym, co zrobić, żeby zminimalizować konieczność wszelkiej adaptacji. Potrzebuję jeszcze pomiarów porównawczych, żeby je zestawić z pomiarami w poprzednim, mniej korzystnym akustycznie, mieszkaniu.

Muszę też dopracować tekst o faktycznych kosztach życia freelancera, ale nie wiem, czy uda mi się to zrobić tak, żeby kogokolwiek zaciekawił. Pewnie wyjdzie coś w rodzaju: „Gdzie się kończy wegetacja”.

I może wreszcie pójdę do kina na coś innego niż kolejny oskarowy hit, który i mnie się spodoba, nowy Dolan albo coś, co grają w jednym kinie na dziesięć.

I niech się ta zima skończy, bo nie ma za bardzo co robić.

Tagged in: