STILUS FRACTUS

Autopsja Jane Doe (The Autopsy of Jane Doe)

Z „Autopsji Jane Doe” (The Autopsy of Jane Doe) podobno niektórych widzów trzeba było wynosić, ale czy można powiedzieć, że aż tak straszy? Zresztą mógłby w sumie straszyć znacznie mniej, a i tak pewnie nic by się pod tym względem nie zmieniło, bo na zmysły najmocniej działa wtedy, gdy jeszcze nic się nie dzieje.

Zarys fabuły (zwiastun moim zdaniem tradycyjnie zdradza zbyt wiele) jest taki, że policja w niewielkiej amerykańskiej mieścinie odkrywa w jednym z domów świeże zwłoki rodziny, a w piwnicy z pozoru równie świeże, na wpół zakopane ciało tytułowej Jane Doe, czyli po naszemu Anny Kowalskiej albo Nowak alias N.N. Panna trafia na stół w miejscowej kostnicy, prowadzonej przez starego patomorfologa (świetny Brian Cox) i asystującego mu syna (równie dobry Emile Hirsch), którzy mają spory problem z ustaleniem przyczyny śmierci.

Autopsja Jane Doe - The Autopsy of Jane Doe - recenzja filmu

Tanich chwytów, przez które człowiek bierze do kina zatyczki, prawie tu nie ma, ale film w drugiej części zdecydowanie zbyt mocno zbacza w kierunku gatunkowych konwencji. A weterana horrorów raczej w ten sposób nie przestraszy.

Największe wrażenie robi coś zupełnie innego: przerażająca i zarazem piękna twarz denatki i atmosfera oczekiwania na to, że ożyje. Przeglądam artykuły o filmie i obok siebie widzę tytuł „Jak sprawić, by zwłoki wydawały się żywe” i wypowiedź reżysera o tym, że dzisiaj nie wystarczy, żeby trup był jako tako nieżywy, bo musi być naprawdę nieżywy.

Grająca Jane Doe modelka Ophelia Lovibond musiała podobno spędzać po 8–10 godzin dziennie na zimnym, marmurowym stole, nago i niemalże na bezdechu. W kadrze przebywa przez większość filmu. Efekt jest niesamowity, zwłaszcza w zbliżeniach, chociaż jak twierdzi reżyser, jest to zasługą także obróbki komputerowej. Doe z odciągniętymi powiekami wydaje się zarazem żywa, jak i doskonale martwa.

Autopsja Jane Doe - The Autopsy of Jane Doe - recenzja filmu

Przed chwilą zajrzałem do Wikipedii, do podsumowania anglojęzycznych recenzji. Jeden z cytowanych krytyków określił ten horror jako „unsatisfactory compromise of art-house and exploitation film”. Nie powiedziałbym, że ten kompromis jest aż unsatisfactory, raczej jest właśnie niepotrzebny. Wydaje mi się, że cały film można by wypełnić wyłącznie sekcją, a nawet pozbawić go muzyki, skądinąd bardzo dobrej, i w sumie niewiele by na tym stracił.

Moja osobista czołówka horrorów: „Egzorcysta” Friedkina, „Coś” Carpentera, „Ringu” Nakaty i może jeszcze dwaj pierwsi „Obcy”, pozostaje bez zmian, ale to horror co najmniej tej klasy co druga „Obecność”. Chwilami nawet mocniej działa na zmysły, i to wcale nie dlatego, że kroją dziewczynę wzdłuż i wszerz albo coś gdzieś zaczyna się ruszać.

Moje wpisy o nowych filmach zebrane przez Mediakrytyk.pl.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,