STILUS FRACTUS

Czy faktycznie audiofilia to choroba?

Czy faktycznie audiofilia to choroba, sprzętowy onanizm, masturbowanie się metką od kabli, CD, wzmacniaczy, kolumn, czy może coś innego, a przynajmniej coś więcej?

Audiofilia, jakkolwiek ją traktować: czy wyłącznie jako ciekawe hobby, czy jako kosztowną chorobę, ma różne postacie. Owszem, w przyrodzie występuje, podobno już od dawna niemalże wymarły, gatunek audiofila trzypłytowego, który słucha tych swoich sampli i któremu wiecznie coś w nich nie gra. Nie brakuje jednak prawdziwych melomanów, dla których dźwięk to nośnik emocji i po prostu realizmu.

Mało kto może sobie pozwolić na to, by co weekend jeździć po Europie na koncerty ulubionych ansambli, a i wtedy łatwo o rozczarowanie, bo organizatorzy sprzedadzą więcej biletów, niż jest miejsc, i nie wywalą w porę na zbity ryj fotografów. Albo akustyka będzie gorsza niż w sali, w której dokonano nagrania. Albo wszystkie co lepsze miejsca zostaną od razu wyprzedane.

Już pal sześć realizm wirtualnej sceny, dynamikę, szczegółowość i inne niuanse, chodzi też o przyjemność słuchania niepodbarwionego, nieagresywnego, niemęczącego dźwięku. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale to właśnie rasowemu melomanowi, bywającemu regularnie na koncertach, byłoby o to szczególnie trudno, bo ma punkt odniesienia.

Z drugiej strony wielu audiofilów wcale nie poszukuje w dźwięku wrażeń możliwie bliskich koncertowym: niektórzy cyzelują wyselekcjonowane cechy brzmienia w tak zwanych audiofilskich nagraniach, w których z reguły słychać znacznie więcej niż na żywo, odtwarzają je z kosztownych (najczęściej zbyt kosztownych) klocków połączonych drogimi kablami, wydają majątek na przeróbki sieci energetycznej w mieszkaniu, a przy tym nie przejmują się prawie zupełnie akustyką pomieszczenia odsłuchowego. A to ostatnie zwykle wprowadza przekłamania w odpowiedzi sięgające w pomiarach kilkunastu, kilkudziesięciu decybeli, którym towarzyszą różnice w czasie wybrzmiewania poszczególnych częstotliwości co najmniej rzędu kilku dziesiątych sekundy. Do tego dochodzi nie mniej silny efekt interferencji fal bezpośrednich z odbitymi, zwany SBIR, od słów Speaker Boundary Interference Response. (Oczywiście, instrumenty nie grają wyłącznie częstotliwościami podstawowymi, więc to nie jest tak, że nagle część nut w utworze przestaje być odtwarzana, ale różnice bywają kolosalne).

Są jednak audiofile, którzy naprawdę słuchają przede wszystkim muzyki i środki inwestują w pierwszej kolejności tam, gdzie rezultat faktycznie może być spektakularny, na przykład w zmianę mieszkania na takie z salonem o odpowiednich proporcjach i adaptację akustyczną tego salonu. Ta zaś może pochłonąć – w gotowym pomieszczeniu! – nawet dziesiątki tysięcy złotych, zwłaszcza jeśli ktoś nie zamierza majsterkować i samodzielnie stroić części elementów na konkretne częstotliwości. Pochłaniacze szerokopasmowe, dyfuzory Schroedera i inne, rezonatory Helmholtza, pułapki membranowe – to wszystko kosztuje i wymaga kompleksowych pomiarów. Naprawdę warto posłuchać choćby przyzwoitego sprzętu w dobrze zaadaptowanym akustycznie pokoju.

Inna kwestia, że zbyt szczegółowy sprzęt, nawet jeśli sam w sobie nic nie uwypukla, łatwo może przetrzebić kolekcję płytową. Czy o kimś, kto trzyma dwa zestawy: jeden do lepiej nagranych płyt, drugi do tych gorzej zrealizowanych, można powiedzieć, że słucha sprzętu zamiast muzyki?

Od kilkunastu lat, czyli odkąd mam swój obecny, niezbyt drogi zestaw, praktycznie nie słucham innych urządzeń, a uważam się za audiofila. Po prostu nie widzę najmniejszego powodu do przesiadki, dopóki wreszcie nie dorobię się lokum, w którym mógłbym naprawdę powalczyć z akustyką. Dopiero od niedawna słucham muzyki w pokoju, w którym mogłem skutecznie użyć dyfuzorów Schroedera, a ponadto zminimalizować wspomniany efekt SBIR bez ustawiania kolumn w odległości mniejszej niż 1,5 m od siebie. Kiedy za jakiś czas będę zmieniał mieszkanie, na pewno zwrócę uwagę na powierzchnię i proporcje salonu. Być może nawet zdecyduję się na drobną przeróbkę, bo już dodatkowa warstwa cegieł może sprawić, że pomieszczenie z przeciętnego stanie się – jak na daną powierzchnię – bardzo dobre.

Tak więc audiofilia to nie tylko analityczne podejście do dźwięku przy braku odpowiedniego punktu odniesienia, podniecanie się drobiazgami, uleganie placebo i złudzeniom wynikającym z minimalnych różnic głośności. To również dążenie do realizmu oraz tego, by dźwięk nie raził uszu w porównaniu z wykonaniem na żywo, nawet jeśli oznacza to ograniczenie się do niedrogiego sprzętu, i szukanie poprawy przede wszystkim tam, gdzie możliwości zmiany brzmienia są największe, czyli w akustyce.

WYBRANE WPISY
Tagged in:, ,